Wydarzenia

Bargiel: Kluczowa była zmiana myślenia

2019-09-05 14:55:00
Debiut w Ekstraklasie w wieku 16 lat, treningi w AC Milan pod okiem Gennaro Gattuso, a następnie wypożyczenie do Spezii Calcio i dalsza praca nad sobą - Przemysław Bargiel przeszedł bardzo ciekawą drogę, zanim dołączył do Śląska Wrocław. Opowiedział nam o niej w swoim pierwszym wywiadzie po powrocie do Polski.
Kibice w całej Polsce po raz pierwszy usłyszeli o Tobie, gdy w wieku 16 lat zadebiutowałeś w Ekstraklasie. Jak wspominasz tamten czas?
 
Przemysław Bargiel: Bardzo dobrze. Takie chwile pamięta się do końca życia. Gdy jednak patrzę na siebie z perspektywy tych trzech lat, to szybko dochodzę do wniosku, że jestem totalnie inną osobą. Nie miałem wtedy świadomości, że to poważne granie – dawała o sobie znać mentalność, powiedziałbym, dzieciaka. Zadebiutowałem, bo troszkę pomógł mi talent, cieszyłem się grą, ale nie rozumiałem dorosłej piłki. Trenowałem z pierwszą drużyną, trenerzy na mnie chuchali i dmuchali, bo chcieli mnie perfekcyjnie przygotować. Obciążenia były dużo większe i wszyscy starali się uniknąć ryzyka kontuzji. Do końca sezonu rozegrałem cztery spotkania w lidze, w kolejnym jeden mecz z Lechią w Ekstraklasie oraz wystąpiłem w Pucharze Polski przeciwko Stomilowi Olsztyn. Sprawiało mi to przyjemność, często o tym mówiłem, ale traktowałem to trochę jako zabawę, a nie poważną, seniorską piłkę.
 
Kiedy zdałeś sobie sprawę, że to już nie zabawa i trzeba pracować jeszcze więcej?
 
Bez dwóch zdań ważnym czynnikiem był przyjazd do Włoch. Pierwsze pół roku było na pewno trudne. W oczy rzuca się różnica w treningach, są o wiele bardziej intensywne niż w Polsce. Do tego mnóstwo taktyki, z naciskiem na defensywę. A tutaj miałem duże braki, trenerzy często mi to wypominali i głównie na tym skupiałem się w Milanie. Tam jednak nie nastąpiła zmiana w moim myśleniu. Dobrze wkomponowałem się do drużyny i chyba nie brałem wszystkiego na poważnie, wydawało mi się, że mogę dalej „jechać na talencie”. Dopiero gdy trafiłem do Spezii, to wszystko się zmieniło. W Milanie każda rzecz była dopięta na ostatni guzik, co tylko chcieliśmy, było nam właściwie podstawiane pod nos. Mieliśmy tylko jeść, spać, wychodzić na trening i nic więcej. 
 
W Spezii byłeś zdany wyłącznie na siebie? 
 
Tak, dlatego uważam, że właśnie pobyt w Spezii dał mi najwięcej. Kluczowa była zmiana myślenia. Tu nie chodzi tylko o kwestie piłkarskie, ale o życie. Pod względem organizacyjnym było to zupełnie coś innego niż Milan. Musiałem się usamodzielnić, nauczyć samemu załatwiać pewne sprawy. Na początku wydawało mi się, że „jestem z Milanu, to muszę grać” – oczywiście tak nie było. Przez dwa miesiące zagrałem jeden mecz i ciągle zrzucałem winę na innych. W końcu zdecydowałem się porozmawiać z psychologiem, choć nie miałem wielkich oczekiwań. I ta jedna rozmowa uświadomiła mi, w jakim miejscu obecnie jestem. Jeśli natychmiast się nie zmienię, to będę szedł w dół, wpadnę w coraz większe problemy i trudno będzie mi się rozwijać. 
 
Słyszałem od bliskich mi osób, że się zawsze usprawiedliwiam. Kiedy zobaczyłem wreszcie w sobie, jak sam się zachowuję - to aż złapałem się za głowę. W jednym momencie dotarło do mnie, że grałem w Milanie, trafiłem do Spezii i mogłem tu zostać bądź iść jeszcze niżej – i tylko ode mnie zależy, co się dalej wydarzy. Kontynuowałem pracę z psychologiem, do tego doszła odpowiednia dieta i dodatkowe treningi. A pierwsze, co zrobiłem, to porozmawiałem szczerze z moim trenerem. Dodało mi to dużo pewności siebie, powiedział mi, jakie ma wobec mnie wymagania, co muszę poprawić i... od razu poczułem się lepiej. Dzień w dzień ćwiczyłem z trenerem od motoryki i wkrótce zobaczyłem efekty. Kończyłem też wówczas szkołę i bardzo mi zależało, by zdać maturę. To był mocno stresujący czas. Na szczęście mogłem liczyć na wsparcie moich rodziców i mojej dziewczyny – pomogli mi wszystko poukładać. Teraz już nie zaniedbuję „małych” rzeczy. Nie chcę, by coś zaprzątało mi głowę, bo widzę, że wpływa to na zachowanie na boisku.
 
Gra w takim klubie jak AC Milan może stworzyć poczucie zbyt dużego komfortu?
 
Łatwo można popaść w myślenie, że trafiło się do elitarnego grona. Wchodzisz do super szatni, pełnej najlepszych zawodników z Włoch, Europy czy nawet całego świata, bo skauting Milanu jest bardzo rozwinięty. To sprawia satysfakcję. Ale po jakimś czasie dostrzegasz, że oni są normalnymi ludźmi, mają swoje wady i także popełniają błędy. Są tacy, których zadowala samo bycie w Milanie - robią to, co muszą i nie dążą do tego, by iść wyżej. Poziom Primavery staje się dla nich maksimum ambicji.  

 
Drużynę Milanu występującą w Primaverze prowadził wówczas słynny Gennaro Gattuso. Jak wspominasz tę współpracę?
 
Pierwszego dnia trener Gattuso powiedział mi - zapamiętam to na zawsze - że jeśli chcę być w Milanie, to mam nauczyć się języka. Bez tego nie będę miał tu przyszłości i nie będę grał. Mimo że rozmawialiśmy po angielsku, to musiałem nauczyć się włoskiego. Jeśli Gennaro Gattuso mówi takie rzeczy, to trzeba brać to na poważnie. Udało mi się w około cztery miesiące przyswoić podstawy - rozumiałem już uwagi trenerów - a po paru kolejnych miesiącach mówiłem już całkiem przyzwoicie.
 
Co poza intensywnością zajęć szczególnie zwróciło Twoją uwagę? 
 
Po pierwszym treningu miałem analizę indywidualną z trenerami i byli w stanie pokazać mi mecze, których kompletnie się nie spodziewałem. Oglądałem swoje zachowania na boisku w spotkaniach nawet nie pierwszej drużyny, a juniorów Ruchu Chorzów. Nie podejrzewałem, że ktokolwiek nagrywał wówczas te mecze. A oni pokazywali mi, co robiłem źle, wyjaśniali, jak powinienem ustawiać się w defensywie. Byłem w szoku, że sięgali tak głęboko. Miesiącami szlifowaliśmy pewne elementy taktyczne, aby stały się automatyzmami. Piłkarsko czułem się dobrze, problem leżał po stronie mentalnej. 
 
Trudno było Ci się zaadaptować w nowym miejscu?
 
Przede wszystkim Włosi są bardzo otwarci i każdy nowy zawodnik może u nich liczyć na wsparcie, chcą go jak najlepiej wprowadzić. Treningi z pierwszym zespołem to był dla mnie inny świat. Tacy piłkarze jak Bonucci czy Suso robili na mnie ogromne wrażenie. A na zajęciach nawet najmniejsze szczegóły są perfekcyjnie dopracowane. 
 
Jakiś przykład?
 
Jest ich wiele. Przy ćwiczeniach strzeleckich nawet większą uwagę przykłada się do postawy i tego, co dzieje się przed strzałem niż do samego uderzenia. Czy dobrze się ustawiłem, zanim otrzymałem podanie? Czy przed przyjęciem spojrzałem za siebie, czy nikt nie nadbiega? Jaką pozycję zająłem już po przyjęciu piłki?

 
Wracając jeszcze do Genaro Gattuso – jak odbierasz go jako trenera? Wydaje się, że pozostał tak samą barwną postacią jak podczas kariery piłkarskiej.
 
Trener Gattuso budził u wszystkich wielki respekt. Chciał z nas zrobić na boisku gladiatorów, dużo u niego biegaliśmy. To osoba bardzo wybuchowa. Nie wiadomo, kiedy mówi na serio, a kiedy żartuje. Dlatego chłopaki dla bezpieczeństwa wszystko brali na poważnie. Mieliśmy takiego zawodnika, który miał długie włosy i Gattuso powiedział, aby je obciął, bo „jak tak można wyglądać?”. Ten odpowiedział, że to zrobi, ale następnego dnia nic się nie zmieniło. Gattuso pokazał mu gestem nożyczki, a po chwili podszedł do niego i naprawdę zaczął własnoręcznie obcinać mu te włosy. Od razu uśmiecham się, gdy to sobie przypominam.  
 
Pamiętam, że kiedyś braliśmy udział w turnieju Adidas Cup, a naszym pierwszym rywalem był Real Madryt trenowany przez Gutiego. Na odprawie przed meczem Gattuso był niezwykle nakręcony, dużo przeklinał. Mówił, że nie obchodzi go, że gramy z Realem Madryt, że jest tam Guti. Powiedział nawet: „Ja mam jaja, Guti nie”. Dawał nam do zrozumienia, że jesteśmy AC Milan, mamy wyjść i ich zmiażdżyć. Spotkanie było bardzo wyrównane, do ostatnich minut utrzymywał się remis 1:1, ale o końcowym wyniku przesądziły indywidualności, a te były po stronie Realu. Rajd między naszymi zawodnikami, gol na 2:1 i ostatecznie przegraliśmy, choć mecz w naszym wykonaniu był całkiem dobry. Zeszliśmy do szatni, nagle drzwi otwierają się od uderzenia pięścią przez trenera. Wpada do środka, jest wściekły, krzyczy, że powinniśmy to wygrać. Podchodzi do plastikowej tablicy i bum! Wali w nią pięścią, a ta pęka na pół. 
 
Przed następnym spotkaniem z Juventusem byliśmy w miarę wyluzowani, bo jakiś czas temu ich pokonaliśmy. Bawiliśmy się, kopiąc do siebie taką małą, plastikową piłeczkę. Przyszedł Gattuso, był zły, bo jego zdaniem w ten sposób się dekoncentrujemy, zabrał ją i ku naszemu zdziwieniu… pogryzł tę piłeczkę i ją połknął. Podczas meczów zawsze jednak wykazywał się dużą klasą – jeśli dochodziło do spięć pomiędzy zawodnikami, był pierwszym, który ich rozdzialał. 
 
Były różne momenty, ale będę bardzo dobrze wspominał te dwa lata we Włoszech. Spojrzałem na siebie z innej perspektywy, wiele się nauczyłem i wierzę, że dzięki temu łatwiej będzie mi wejść do seniorskiej piłki.
 
Od Twojego debiutu w Ekstraklasie minęły trzy lata, a Ty przecież nadal będziesz jeszcze posiadał status młodzieżowca. 
 
Jestem bardzo optymistyczne nastawiony i cieszę się, że jestem teraz w Śląsku. Być może moja historia będzie jakąś przestrogą dla młodych zawodników wyjeżdżających do zachodnich klubów. Czasem aż dziwię się, że mogłem popełniać takie błędy. Dobrze jednak, że teraz to zrozumiałem. Czuję, że wreszcie dojrzałem do paru spraw. 
 
 
Autor: Tomasz Szozda, Fot. Krystyna Pączkowska

Zobacz również