Wydarzenia

Byłem dobrym ambasadorem polskiej piłki

2017-01-13 12:00:00
Strzelił hat tricka Realowi na Santiago Bernabéu, ale nie lubi kolejnych rocznic tego wydarzenia. Trzy razy zdobył mistrzostwo Polski z Górnikiem, ale większą gwiazdą niż w Zabrzu jest w Pampelunie. Był asystentem Leo Beenhakkera na EURO 2008, ale posada selekcjonera nie jest jego trenerskim marzeniem. Jan Urban, nowy szkoleniowiec WKS-u, to z pewnością jedna z najciekawszych postaci polskiej ligi. Pielgrzymki, wino, gonitwy byków, skoki narciarskie… I dużo piłki nożnej.
Jaki jest najtrudniejszy zawód na świecie i dlaczego trener piłkarski?
 
Są trudniejsze, bardziej niebezpieczne i bardziej wymagające. Na pewno nie trener. Ale rzeczywiście, nasze stanowisko jest bardzo chwiejne, trudno się na nim utrzymać. Potwierdzają to statystyki długości pracy w polskiej lidze. Cóż, takie przyszły czasy, wszyscy chcą wyników na już, na teraz. Brakuje cierpliwości. A my, trenerzy, musimy się odnaleźć  w tej sytuacji.
 
Po zwolnieniu z Lecha Poznań był pan bez pracy przez cztery miesiące. Krócej się nie dało, bo takie są przepisy. To dobrze?
 
Rzeczywiście, nie można trenować dwóch drużyn w tej samej rundzie. A może zostanie wprowadzony zapis – jak w Hiszpanii – że nie można trenować dwóch zespołów w jednym sezonie. Takie ograniczenia pomagają o tyle, że wiadomo mniej więcej, co cię czeka. Kiedyś, gdy zostałeś zwolniony, nie wiedziałeś, kiedy wrócisz. Mogłeś jutro, za tydzień, a mogłeś też za rok czy dwa. Teraz jest przejrzyściej, a często taki odpoczynek jest dobry, żeby przemyśleć co się robiło i co chcę się zrobić w przyszłości.

Wspomniał pan o przepisach w Hiszpanii. Pan był już tam trenerem. Były kolejne oferty z tego kraju?
 
Konkretnych nie. Były z innych regionów nie tylko Europy, ale i świata. Nawet dosyć egzotyczne kraje. Jednak to mnie nie interesowało. Miałem też propozycje z polskiej I ligi. Teraz jednak postanowiłem wypełnić ten okres do końca grudnia, gdy nie mogłem objąć drużyny w ekstraklasie i czekać na oferty od stycznia. I najlepszą była ta ze Śląska.


 
Razem z panem do zespołu przyszli Kibu Vicuna i Cesar Sanjuan-Szklarz.
 
Z Kibu znamy się jeszcze z Hiszpanii. W Osasunie obaj pracowaliśmy z młodzieżą i mieliśmy podobny punkt widzenia na szkolenie. W 2007 roku przyjechaliśmy do Polski, by poprowadzić Legię Warszawa. Dobrze się to poukładało i udanie współpracujemy do dzisiaj. To już prawie 10 lat. Z kolei Cesar dołączył do nas trochę później, choć również znaliśmy się z Osasuny. Gdy ja byłem trenerem II drużyny, on odpowiadał za jej przygotowanie fizyczne, pomagał też w Akademii. Z Kibu bez problemu można porozmawiać po polsku, nauczył się naszego języka przez te lata pracy w ekstraklasie. A Cesar jest Meksykaninem z polskim paszportem, bo ma ojca Meksykanina i matkę Polkę. U nas w kraju również studiował, na AWF-ie.
 
Właśnie, Kibu jest pana asystentem już bez mała 10 lat. Zapewne myśli, by kiedyś samodzielnie objąć jakiś zespół.
 
Myślał o tym, oczywiście. I nie ma żadnego problemu, by tak się kiedyś stało. Mamy to na uwadze. Są trenerzy, którzy zawsze chcą być asystentami. Nie mają takich ambicji, by poprowadzić drużynę na własny rachunek. Kibu chciałby to zrobić. I jest do tego bardzo dobrze przygotowany. Jednak w większości przypadków prezesi klubów chcą doświadczonego, starszego trenera. Nie chcą podjąć ryzyka.
 
Trzy osoby ze sztabu mówiące po hiszpańsku, mające doświadczenie z pracy na Półwyspie Iberyjskim – czy to może pomóc południowcom w naszej drużynie? Zwłaszcza Hiszpanom, oczywiście.
 
Trudno mi powiedzieć, jaki oni mieli kontakt z poprzednim trenerem. Każdy szkoleniowiec ma swój sposób  działania i zachowywania, każdy inaczej widzi model zarządzania drużyną. Ja z reguły mam dobry, bliski kontakt z zawodnikami. To, o co pytasz, na pewno pomoże, bo będzie im łatwiej się porozumieć. Większość z nich nie ma żadnych problemów z angielskim, ale na pewno możliwość porozmawiania z trenerem, czy sztabem, w ojczystym języku, to dla nich fajna sprawa. Zawodnik czuje się wtedy pewniej, bo wie, że jest zrozumiany. Na razie jestem jednak bardzo krótko. Teraz piłkarze obserwują mnie, patrzą, czego oczekujemy, jak pracujemy, jacy jesteśmy. Tak samo my oglądamy ich i poznajemy się. To normalna rzeczy, gdy wchodzisz w nowe stanowisko.
 
Pana pierwszy wyjazd z drużyną to towarzyski turniej halowy Amber Cup. Po nim kibice coraz częściej pytają o Adriana Łyszczarza, wybranego MVP tych zawodów. Jest szansa na jego debiut w ekstraklasie wiosną?
 
Nie chcę się jeszcze wypowiadać, ponieważ ja tak naprawdę nie znam Adriana. Jestem tutaj zbyt krótko, by to ocenić. Chcę poznać bliżej kilku chłopaków z drużyny, bo tych, którzy są od lat w polskiej lidze, znają wszyscy. Jesteśmy po kilku wspólnych treningach i to jeszcze nie moment, bym wydawał opinie na temat zawodników.



Jak pan podchodzi do rywalizacji wśród bramkarzy – wyznacza numer 1, który broni i jest pewny miejsca w składzie, czy częściej rotuje na tej pozycji?
 
Trzeba najpierw wyznaczyć, bo ktoś musi zacząć. Ja jednak nie mam problemu z tym, by zmienić bramkarza. To zależy od formy, zachowania danego golkipera, ale nie zawsze tylko od tego. Robiłem w tym sezonie zmianę w Lechu, stawiając Putnocky’ego za Buricia, mimo że to nie była wyłącznie wina Jasmina, że traciliśmy dużo bramek. Czasami trzeba jednak szukać bodźca, który coś zmieni, da impuls drużynie. Teraz w Śląsku mamy jednego młodego i dwóch doświadczonych bramkarzy. Oni potrafią bronić, a między słupki trafi ten, który będzie prezentować się najlepiej. A jak wykorzysta potem swoją szansę – czas pokaże.
 
Pewnie trudno ocenić, jak może wyglądać to w Śląsku, ale co pan sądzi o ustawieniu z dwoma napastnikami?
 
Każde ustawienie jest dobre, jeśli jest efektywne i przynosi bramki. Musimy dostosować się do tego, co mamy. Dziś nie można powiedzieć, żeby WKS miał nie wiadomo jak bramkostrzelnych napastników. Wystarczy popatrzeć w tabelę i widać, że Śląsk strzelił najmniej goli w lidze. To znaczy, że pod tym względem coś było nie tak. Ale nie można zadziałać na zasadzie „nie trafiamy do siatki, to dołóżmy na murawę kolejnych napastników”. Nie o to chodzi. Można grać dwoma, a nie powąchają piłki, bo np. w środku pola przeciwnik nas zdominuje i wtedy nic nie da dwójka z przodu. Chodzi przede wszystkim o kreowanie sytuacji podbramkowych. Jeśli ich się nie wykorzystuje – wtedy musisz szukać kogoś, kto potrafi się znaleźć w takich momentach. Ale jeśli ich jest mało, trzeba pracować najpierw nad tym, by stwarzać je częściej. Na tym trzeba się skupić w tej chwili. Musimy pracować nad ofensywą. Żeby były wyniki, trzeba więcej strzelać, albo zdecydowanie mniej tracić. Udawało się to Śląskowi na początku sezonu, m.in. gdy grał z moim wtedy Lechem, więc ta drużyna potrafi to robić.
 
Kto może szkolić napastników jak nie człowiek, który rozstrzelał Real Madryt. Ile razy opowiadał pan o hat tricku na Santiago Bernabéu?
 
Za dużo. Zawsze, gdy jest rocznica tego zwycięstwa Osasuny w Madrycie, dzwonią do mnie dziennikarze i opowiadam. Dla takiego klubu pokonanie Królewskich na ich boisku jest najlepszym co tylko może się zdarzyć. Pochwalić się wygraną z Realem, 4:0, na wyjeździe, może naprawdę niewiele zespołów. Graliśmy 30 grudnia 1990 roku, więc niedawno była już 26. rocznica tego zwycięstwa. Ja jednak nie za bardzo lubię te rocznice. To przypomina mi, że jestem coraz starszy, a czas leci bardzo szybko. Na pewno była to jednak przyjemna chwila, która została w annałach Osasuny.

"Que golazo del Polaco! Que golazo del Jan Urban!"

 
Ówczesny trener Realu, legendarny Alfredo di Stefano, chyba rozgrywał ten mecz w głowie jeszcze długo po ostatnim gwizdku...
 
Było tak, że po prostu zamyślił się po spotkaniu i wszedł z rozpędu do naszego autobusu. Może się to zdarzyć, bo one często podjeżdżają pod samo wyjście z szatni i zależy, czy najpierw podjedzie autobus gości czy gospodarzy. Ale di Stefano szybko się zorientował, że coś tu chyba jest nie tak…
 
To na pewno najsłynniejszy mecz w pana wykonaniu. Najlepszy również?

Wydaje mi się, że grałem lepsze spotkania. Choć oczywiście trzeba zagrać bardzo dobrze, by strzelać gole na Bernabéu. A do tego była jeszcze asysta. To był mój pierwszy hat trick w karierze. Wcześniej nie udało się to ani w Polsce, gdzie zdobyłem około 80 bramek, ani w Hiszpanii, gdzie trafiłem niemal 50 razy. Tamten mecz to było takie ukoronowanie mojej kariery. Nagroda za nią, prezent.
 
Ukoronowanie było zjawiskowe, ale i cała kariera przebiegała niemal wzorcowo.
 
Kariera układała mi się dobrze, nie mogę narzekać. W wieku 19 lat trafiłem do ekstraklasy i trzykrotnie byłem mistrzem Polski z Górnikiem Zabrze. Udało się wyjechać do Hiszpanii i poradziłem tam sobie. Po czasie mogę powiedzieć, że byłem uznawany za jednego z najlepszych obcokrajowców ligi, dwa razy brałem udział w Meczu Gwiazd Primera Division. 

 
Do Hiszpanii pewnie trafiłby pan wcześniej, gdyby nie panujący wówczas w Polsce ustrój polityczny…
 
Podejrzewam, że tak, wyjechałbym szybciej. Większość piłkarzy trafiłaby do zagranicznych klubów wcześniej. Choć ja i tak miałem szczęście, bo opuściłem kraj zaraz po tym, jak zakaz wyjazdu został zniesiony. Trafiłem do Hiszpanii, mając 27 lat, co było dość zaskakujące dla wielu obserwatorów i kibiców. Oczy menadżerów i klubów z tego regionu raczej nie były zwrócone na Polskę. Nasi gracze wyjeżdżali do Niemiec, Francji, Grecji, Turcji, nawet Szwajcarii. Liga hiszpańska wydawała się bardzo odległa, wymagająca. Dla nielicznych. Ja miałem szczęście, że trafiłem właśnie tam. Wydaje mi się, że byłem dobrym ambasadorem polskiej piłki. Za mną pojawiło się tam wielu innych graczy z naszego kraju. Gdy ktoś z Polski coś dobrego pokazał, to Hiszpanie zaczęli uważniej patrzeć w stronę polskiej ligi, czy nie ma tam więcej zdolnych piłkarzy.
 
I kilku znaleźli.
 
W Osasunie grał Ryszard Staniek, olimpijczyk z Barcelony, do innych klubów trafiali Jacek Ziober, Roman Kosecki, Mirosław Trzeciak, Wojciech Kowalczyk. To wszystko reprezentanci kraju, bardzo dobrzy zawodnicy. Bo tylko tacy mogą coś ugrać w lidze hiszpańskiej.
 
Swojej piłkarskiej karierze nie ma pan za wiele do zarzucenia, jednak często mówi się, że pokolenie Urbana, Tarasiewicza, Dziekanowskiego, nie jest jednak do końca spełnione.
 
Być może rzeczywiście tak było. Mieliśmy znakomitą generację, wielu naprawdę bardzo dobrych piłkarzy. Musimy sobie jednak zdać sprawę, że bardzo trudno było dostać się na wielką imprezę. Jeśli w mistrzostwach Europy brało udział tylko 8 zespołów, to samo zakwalifikowanie się było niesamowicie ciężkim wyzwaniem. Mieliśmy jedne naprawdę fajne eliminacje, kiedy do końca graliśmy o awans. W grupie rywalizowaliśmy m.in. z Anglią, Turcją czy Irlandią i w trakcie ostatniej kolejki w pewnym momencie układ wyników był taki, że byliśmy na EURO. Przed końcowym gwizdkiem to się jednak zmieniło.
 
W kadrze musieliście zastąpić naprawdę wybitnych graczy, którzy wtedy powoli żegnali się z narodowymi barwami.
 
Przychodziliśmy do reprezentacji, gdzie grał Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek, Józef Młynarczyk, Władek Żmuda jeszcze kończył. Kilku graczy mogło pograć trochę dłużej, my wtedy spokojniej weszlibyśmy do kadry i wykrystalizowałyby się osobowości, trzymające szatnię. A tego nam przede wszystkim brakowało. Byli zawodnicy o dużych umiejętnościach, ale zabrakło takiego lidera, którym wcześniej był Boniek.

 
Większą gwiazdą jest pan w Zabrzu, czy w Pampelunie?
 
W Pampelunie ludzie rozpoznają mnie na każdym kroku. Podejrzewam, że gdybym dzisiaj pojechał do Zabrza – tak by nie było. W Hiszpanii jest z pewnością większe zainteresowanie piłką. Wszyscy mówią o futbolu – dzieci, kobiety, starsi. 80-90 procent ludzi wie, o co w tym chodzi, znają się na piłce. U nas nie do końca tak jest. Gdybym w Hiszpanii osiągnął takie sukcesy, jak w Polsce, gdzie trzykrotnie zdobywaliśmy z Górnikiem mistrzostwo, to panowałoby tam szaleństwo na mój temat. U nas aż tak to nie działa i to w Pampelunie jestem bardziej rozpoznawalny.
 
Dlatego też połowa miasta niemal zamarła, gdy Urban został ranny w gonitwie byków…
 
Tak, była taka sytuacja. Urban ranny, a kibice w Pampelunie wystraszeni. Tylko że ten poszkodowany Urban był Szwedem i nie miał ze mną żadnego związku. Ale dziennikarze podłapali temat i wykorzystywali zbieżność nazwisk.
 
Ten „prawdziwy” Urban oglądał kiedyś taką gonitwę z bliska, a może brał udział?
 
Nie, nie, z tą gonitwą nie ma żartów. To nie zabawa. Są momenty, kiedy nie ma gdzie uciec. Byki gonią za ludźmi w starej części miasta, są wąskie uliczki… Gdzie można, jest to zabezpieczone, ale miejsc bardzo niebezpiecznych jest naprawdę wiele. Byk to ponad 500 kilogramów wagi, a rozjuszony i rozpędzony jest niesamowicie groźny. Zdarzają się przypadki śmiertelne, a rannych jest bardzo wielu. Ja byłem piłkarzem i nie odważyłem się nigdy, by wziąć w tym udział. Ale tutaj być może nie chodzi już o odwagę, tylko po prostu o rozsądek.

 
Odwagą trzeba było wykazać się przy podejmowaniu pracy w Legii Warszawa.
 
To było najtrudniejsze wyzwanie w mojej trenerskiej karierze. Objąłem zespół z niesamowitymi wymaganiami, a dla mnie to był debiut w roli szkoleniowca. Niektórzy mówili zresztą, że już na starcie trafiłem na największego byka i musiałem go ujarzmić. Pierwszy klub i od razu trzeba było zdobyć mistrzostwo, bo w Legii nikogo nie zadowoli 2 miejsce. Trafiłem tam w okresie, kiedy prym na polskich boiskach wiodła Wisła Kraków. Pamiętam ten mój pierwszy sezon, Wisła zakończyła go wtedy tylko z jedną ligową porażką. Z Legią. A zdołaliśmy wyrwać im jeszcze Puchar Polski. W kolejnym sezonie walczyliśmy o tytuł do samego końca. Przegraliśmy je właściwie na własne życzenie, bo graliśmy mecz w Krakowie, który mogliśmy i powinniśmy wygrać, a ulegliśmy 0:1. Reasumując – pierwsze podejście do Legii było niesamowitym wyzwaniem, ale uważam, że wyszliśmy z tego obronną ręką.  Mimo trudnych momentów, bo był konflikt między kibicami a zarządem, budowa nowego stadionu. Warunki nie były optymalne.
 
Musiał pan poradzić sobie dobrze, bo znów przyszło powołanie do reprezentacji. I to nie od byle kogo, a od samego Leo Beenhakkera.
 
Padła propozycja współpracy i trudno by było nie skorzystać z takiej szansy. Pojechać na taki turniej jak EURO 2008, zobaczyć go od środka, jako asystent trenera, to na pewno fajna sprawa. Choć jako piłkarz byłem na mundialu w Meksyku w 1986. Ale na pewno praca w reprezentacji, z trenerem o tak wielkim nazwisku, była świetnym doświadczeniem. Super sprawa i super przeżycie. Ale bycie selekcjonerem reprezentacji to nie jest moje trenerskie marzenie.
 
O doświadczeniach piłkarskich trochę już mówiliśmy, a jaki jest Jan Urban prywatnie? Podobno koneser win.
 
Może nie aż tak, że „koneser”, ale żyjąc w Hiszpanii – a ja mieszkam tam od 1989 roku – trudno się nie znać na winach. Tam jest ono codziennością, piją je do obiadu, do kolacji. Taka kultura. Człowiek, będąc między Hiszpanami, nawet niechcący musi poznać ileś rodzajów win. A jest ich niesamowicie dużo, tych wszystkich szczepów nie da się spamiętać. A przecież to nie tylko Hiszpania, rynek winiarski jest ogromny, to również cała Europa, zwłaszcza południe, ale i Afryka ma znakomite wina, Australia też, jest świetne wino w Kalifornii. Do wyboru, do koloru.
 
I „nauczył się” pan nawet pić wina wytrawne. W Polsce to ciągle rzadkość.
 
Tak, tutaj u nas przeważają wina słodkie czy półsłodkie. Raczej deserowe. W Hiszpanii jest pod tym względem inaczej.
 
Znanym winem jest m.in. „La Rioja”, którego nazwa fanom piłki może kojarzyć się z „La Roja”, czyli przydomkiem hiszpańskiej drużyny narodowej.
 
To świetne czerwone wino, które robi się w regionie o tej samej nazwie, przy rzece Ebro, z miastem Logrono. La Rioja graniczy z Nawarrą, czyli prowincją, której stolicą jest Pampeluna. Stamtąd też są znakomite wina m.in. najlepsze różowe wino w Hiszpanii. Doskonałe jest również Ribera del Duero z okolic Valladolid. To już ekskluzywne wino,  z najwyższej półki.

 
Wina nie są pana jedyną pasją, poza futbolem. Widziałem, że świetnie orientuje się pan np. w skokach narciarskich.
 
Wydaje mi się, że wszyscy Polacy, którzy interesują się sportem, oglądają skoki. To konkurencja, która nas pociąga, a teraz tym bardziej, gdy mamy kilku znakomitych zawodników, tak jak Stoch, Żyła i Kot. Ale i wcześniej mieliśmy doskonałych skoczków, nikt przecież nie zapomni Adama Małysza. A był też złoty medal Wojtka Fortuny, był Piotr Fijas. Mówiąc o sportach zimowych w Polsce, nie można zapomnieć o skokach. Choć były sukcesy i w biegach, jak medale Józefa Łuszczka, teraz mamy wspaniałą Justynę Kowalczyk. Są też biathlonistki, dobijające się do czołówki. Jednak skoki to chyba najmocniejsza nasza zimowa konkurencja, w której zawsze liczymy na medale. A one często przychodzą.
 
Znany jest pan również jako człowiek religijny. Były pielgrzymki na Jasną Górę?
 
Akurat tak się nie zdarzyło, bym szedł do Częstochowy. Ale jestem wierzący-praktykujący, tak zostałem wychowany i dla mnie to normalne. A na pielgrzymkach byłem, ale w Hiszpanii. Są takie 50-kilometrowe wędrówki z Pampeluny, organizowane co roku w marcu. Bierze w nich udział naprawdę mnóstwo ludzi, ja pamiętam, że chodziło 10-12 tysięcy osób. Wszystko jest dobrze zorganizowane, jedna pielgrzymka dla kobiet, a druga, osobna, dla mężczyzn. Chociaż w ostatnich latach to wszystko się trochę pomieszało i w obu idzie i jedna, i druga płeć.
 
Ta pielgrzymka była jednorazowym przedsięwzięciem, czy zaczął pan chodzić cyklicznie?
 
Pierwszy raz byłem po zakończeniu kariery. Powiedziałem sobie: „A, idę na pielgrzymkę, podziękuję za tą moją udaną karierę”. Nie miałem przecież wielu kontuzji, a przeżyłem wiele pięknych chwil, więc chciałem pielgrzymką podziękować za to wszystko. I w sumie byłem na niej 6-7 razy. Potem przyjechałem do Polski, zostałem tu trenerem i nie zawsze można było wziąć udział, ale był moment, gdy pracowałem w Hiszpanii, że chodziłem co roku.
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Krystyna Pączkowska

Zobacz również