Wydarzenia

Droga do mistrzostwa

2020-05-06 16:30:00
6 maja 2012 roku to najważniejsza data w najnowszej historii Śląska Wrocław. WKS pokonał wówczas Wisłę w Krakowie i po raz drugi zdobył tytuł mistrza Polski. W ten szczególny dzień przypominamy drogę wrocławian do wymarzonego złota.
Tytuł najlepszej drużyny w kraju to zawsze zasługa wielu ludzi i długotrwałej pracy. Trudno jednoznacznie ocenić, kiedy zaczęła się wrocławska droga do tytułu - czy w 1. kolejce sezonu 2011/12? A może w momencie, w którym na ławce trenerskiej pojawił się Orest Lenczyk? Z pewnością były to ważne wydarzenia, ale by znaleźć punkt startowy kursu na mistrzostwo, trzeba cofnąć się jeszcze bardziej - do 24 maja 2008 roku. Wtedy to zielono-biało-czerwoni wygrali w Poznaniu z Wartą 3:2 i zapewnili sobie awans do ekstraklasy. WKS powrócił więc tam, gdzie jego miejsce - do piłkarskiej elity naszego kraju. Wówczas można było zacząć pracę nad kolejnym wielkim marzeniem Wrocławia - drugim tytułem mistrzowskim.

Znów wśród najlepszych

Wspomnienia roku 1977, kiedy to Śląsk Wrocław był mistrzem Polski w piłce ręcznej, koszykówce oraz piłce nożnej, są we Wrocławiu żywe do dziś. Fani szczypiorniaka po tamtym sukcesie świętowali w kolejnych latach swojej historii jeszcze trzy tytuły, kibice koszykówki cieszyli się z aż 14 kolejnych mistrzostw i najlepszej klubowej drużyny w dziejach na przełomie XX i XXI wieku. Ci, którzy największą miłością obdarzyli piłkarski Śląsk, aż do 2012 roku nie mieli kolejnej takiej okazji, by cieszyć się, że ich drużyna jest najlepsza w kraju. Wspomnienia wielkiej drużyny trenera Żmudy z lat 70. stawały się coraz odleglejsze, a gdy w 2003 roku wrocławscy piłkarze znaleźli się w trzeciej lidze - mogło się wydawać, że takie chwile triumfu nie powrócą już nigdy. Również dlatego mistrzostwo 2012 roku miało tak wyjątkowy smak.

 
Śląsk wrócił na najwyższy szczebel rozgrywkowy po sześciu latach więc ani rywale, ani kibice innych drużyn, nie spodziewali się, że już w sezonie 2008/09 WKS może stać się groźnym rywalem dla ligowej czołówki. Wrocławianie dokonali jednak kilku wzmocnień, które uczyniły z nich drużynę zdolną do zajęcia wysokiego miejsca. Piłkarzami WKS-u zostali m.in. Sebastian Mila, Piotr Celeban i Mariusz Pawelec. Po latach cała trójka będzie wymieniana w gronie największych legend klubu, o czym zaświadczą choćby wyróżnienia w plebiscycie „Jedenastka na 70-lecie” organizowanym w 2017 roku. Kapitanem był z kolei Dariusz Sztylka, inna legenda, pamiętające jeszcze zmagania na trzecioligowych boiskach. Wojskowi nie zwojowali ligi, nie zdobyli medalu, ale zajęcie szóstego miejsca uznano za świetny wynik i dobry prognostyk na kolejne lata. Dodatkowo podopieczni trenera Tarasiewicza rozgrywki zakończyli zdobyciem Pucharu Ekstraklasy. 13 maja, w Wodzisławiu Śląskim zielono-biało-czerwoni 1:0 pokonali miejscową Odrę. Gola na wagę wygranej strzelił Krzysztof Ulatowski, a klubowa gablota wzbogaciła się o kolejne trofeum. Była to ostatnia jak na razie edycja tych rozgrywek, zatem Śląsk pozostaje ich ostatnim triumfatorem.
 
W sezonie 2009/10 WKS miał być zespołem walczącym o ligowe podium. Nic takiego jednak się nie stało. Śląsk grał słabiej niż przed rokiem, a wielu piłkarzy doznało kontuzji, przez co trener Tarasiewicz miał kłopoty z zebraniem 18 zdrowych zawodników do kadry meczowej. Ostatecznie rozgrywki zakończone na 9. miejscu uznano za rozczarowanie. Szkoleniowiec zaskarbił sobie jednak tyle zaufania wśród władz klubu, że mógł pracować dalej. Drużyna znów się wzmocniła, pojawili się m.in. Cristian Omar Diaz, król strzelców ligi boliwijskiej, oraz Waldemar Sobota, Łukasz Madej, Piotr Ćwielong i Przemysław Kaźmierczak.. Zmienił się również kapitan – opaskę od Sztylki przejął Mila. Nadzieje we Wrocławiu znów były ogromne. Tym większy był więc zawód, gdy Trójkolorowi przegrali pięć meczów z rzędu i znaleźli się na przedostatnim miejscu. Zwolnienie Tarasiewicza, choć - również jako trener - zrobił  dla Śląska wiele dobrego, paradoksalnie rozpoczęło kolejny wspaniały okres w historii klubu, porównywalny tylko do lat największej chwały za czasów trenera Żmudy. Nowym szkoleniowcem został Orest Lenczyk.



Pod batutą "Oro Profesoro"
 
- Ktoś mógłby powiedzieć, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Jednak przez 30 lat ta rzeka znacząco zmieniła swój nurt. To już zupełnie inny klub, niż wtedy - tymi słowami trener Lenczyk ponownie przywitał się z Wrocławiem. Śląsk prowadził już bowiem w 1979 roku, zdobywając czwarte miejsce. W 2011 roku przejmował drużynę znajdującą się w strefie spadkowej i powtórzenie wyniku sprzed 32 lat wydawało się nieosiągalne. Pod wodzą nowego szkoleniowca WKS szybko wrócił jednak na właściwe tory. Już w pierwszym meczu zremisował w Krakowie z walczącą o mistrzostwo Wisłą, a potem pokonał m.in. Górnika Zabrze 4:0 i Zagłębie Lubin 3:1. Zimą do drużyny dokooptowano m.in. Roka Elsnera. Początkowo Słoweniec grał niewiele, ale z czasem stał się ważnym punktem zespołu, a kilkanaście miesięcy później strzelił najważniejszego gola w najnowszej historii Śląska...
 
Wiosną 2011 drużyna Lenczyka nie zwalniała tempa. Choć do rundy rewanżowej przystępowała dopiero z dziewiątej pozycji, zdołała nie tylko wywalczyć miejsce w europejskich pucharach, ale zdobyć wicemistrzostwo Polski! W przedostatniej kolejce Trójkolorowi wygrali w Chorzowie z Ruchem i by zagwarantować sobie srebrny medal musieli już „tylko” pokonać u siebie walczącą o utrzymanie Arkę Gdynia. Do przerwy goli nie było, ale po zmianie stron WKS dał prawdziwy koncert gry. Trzy bramki Diaza, jedna Sztylki, a jedna – z rzutu karnego – bramkarza gospodarzy Mariana Kelemena, sprawiły, że Śląsk zwyciężył aż 5:0! Po 24 latach na Oporowską znów miały zawitać mecze w europejskich rozgrywkach. Z tej okazji po spotkaniu piłkarze ubrali się w koszulki z napisem „To nie czary, Wrocław ma puchary!”.



Puchary, stadion, tytuł
 
Nadszedł sezon 2011/12. Sezon, który - z kilku względów - był absolutnie wyjątkowy. Zaczęło się od powrotu na europejskie boiska po niemal ćwierćwieczu od ostatnich bojów w Pucharze Zdobywców Pucharów. Tym razem WKS rywalizował w Lidze Europy, a jego pierwszym rywalem było Dundee United. To samo, które w 1980 roku rozgromiło wrocławian 7:2, wyrzucając za burtę Pucharu UEFA. Szkoleniowcem pokonanych był wtedy… Orest Lenczyk. Teraz trener wicemistrzów Polski miał okazję wziąć rewanż nad rywalem ze Szkocji. I udało się! Po wygranej 1:0 we Wrocławiu (gol sprowadzonego przed sezonem Holendra Jana Voskampa), na wyjeździe Śląsk przegrał tylko 2:3. Dzięki temu okazał się lepszy w całym dwumeczu, a decydująca bramka Sebastiana Dudka do dziś jest pamiętana przez kibiców jako jedno z najpiękniejszych trafień tamtych rozgrywek. W kolejnej rundzie emocji było jeszcze więcej. Po dwóch bezbramkowych remisach dopiero rzuty karne zdecydowały o tym, kto z pary Śląsk – Lokomotiv Sofia awansuje dalej. Górą znów byli Polacy, zwyciężając w serii „jedenastek” 4:3. Drużyna z Oporowskiej odpadła dopiero w IV rundzie, ulegając Rapidowi Bukareszt. Właśnie – „drużyna z Oporowskiej”…

 
Wyjątkowość sezonu 2011/12 polegała również na tym, że to właśnie wtedy Śląsk po raz ostatni zagrał mecz ligowy na swoim obiekcie przy ulicy Oporowskiej. 22 października 2011 roku WKS pokonał Podbeskidzie Bielsko-Biała 1:0 (gol Celebana). Siedziba klubu i centrum treningowe pozostało w tym samym miejscu, ale od tej pory spotkania ligowe i pucharowe rozgrywane były na Stadionie Wrocław - wybudowanym z myślą o Mistrzostwach Europy 2012 roku, rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie, mogącym pomieścić 42 771 kibiców, co czyni go największą areną zmagań w piłkarskiej ekstraklasie. Premierowe spotkanie Trójkolorowi rozegrali tu 28 października 2011 roku, przy komplecie widzów pokonując Lechię Gdańsk 1:0 (bramka Voskampa). Było to wielkie wydarzenie, otwierające nową kartę historii najbardziej utytułowanego klubu w regionie.



Trzecim i najważniejszym powodem, dla którego sezon 2011/12 był dla klubu tak wyjątkowy, były finałowe rozstrzygnięcia w tabeli ekstraklasy. Wrocławianie walczyli o tytuł, ale po wspaniałej rundzie jesiennej, którą zakończyli na pierwszym miejscu z przewagą czterech punktów nad Legią Warszawa, wiosną dotknął ich kryzys. Zespół trenera Lenczyka przegrał m.in. 0:3 z warszawską Polonią i 0:4 z Legią.  W 21. kolejce lepsi okazali się też zawodnicy Korony Kielce. WKS przegrał 1:2 i tracił do lidera już pięć punktów. Wydawało się, że szansa na złote medale uciekła - Gdybyśmy mieli dziesięć punktów straty, to mógłbym mówić o meczach ostatniej szansy – komentował Łukasz Madej, skrzydłowy Śląska. - Nie popadajmy w paranoję, teraz najbardziej potrzebujemy spokoju. Naszym szczęściem jest strata punktów przez Legię i jestem pewny, że do końca sezonu jeszcze coś na pewno przegrają. Mecz ostatniej szansy to rozegramy w Krakowie, 6 maja.
 
O trudnym okresie w sezonie mówił później również Sebastian Mila. - Chyba wtedy to nas najbardziej wzmocniło. Wiedzieliśmy, że zostaliśmy przez wszystkich skreśleni, że będzie nam trudno odnieść ten sukces To nas zmobilizowało, podniosło na duchu. Choć było ciężko, chociaż traciliśmy bramki w 94. minucie, jak w spotkaniu z Widzewem czy z Podbeskidziem.  Były ciężkie powroty po tych meczach, przyjeżdżaliśmy w nocy, po takich bramkach, a jednak odnajdowaliśmy w sobie zaciętość i to nam pomogło zdobyć mistrzostwo - opowiada najlepszy asystent złotych medalistów.
 
Drużyna podniosła się w trudnym momencie, co miało zaprocentować już wkrótce. Trzy kolejki przed końcem WKS ograł w derbach województwa Zagłębie Lubin, a potem pokonał Jagiellonię Białystok (3 asysty Mili). Przed ostatnim meczem sezonu wrocławianie byli liderami tabeli. Pozostał ostatni krok – starcie z Wisłą Kraków, 6 maja 2012 roku.

Mecz - legenda
 
- Dzisiaj zapracowaliśmy na to, każdy jak tu stoi. Dzisiaj, jak Bóg pozwoli zostawimy tu zdrowie, ile trzeba będzie. Chcę to zobaczyć dzisiaj. Wy mnie nie oszukacie, ja was znam. Widzę walkę, widzę zaangażowanie, widzę serce, które mamy! – tymi słowami Mila, kapitan drużyny, zagrzewał kolegów do boju w ostatnim meczu sezonu. Po pierwszej połowie wciąż było jednak 0:0. A że Ruch Chorzów prowadził w swoim spotkaniu 2:0, robiło się nerwowo. Takie wyniki sprawiały, że tytuł powędrowałby na Górny Śląsk. W 51. minucie meczu w Krakowie sytuacja diametralnie się jednak zmieniła. Mila podszedł do rzutu wolnego, a w polu karnym najlepiej zachował się Elsner, kierując piłkę do siatki. Ten sam Elsner, którego po jego przyjeździe do Wrocławia trener Lenczyk nie widział w drużynie. 



- Całe spotkanie w Krakowie było dla nas naprawdę trudne. W przerwie dowiedzieliśmy się, że Ruch prowadzi różnicą dwóch bramek. Weszliśmy do szatni i powiedzieliśmy sobie: teraz już musimy zaatakować, strzelić gola i dowieźć ten wynik do końca - wspomina Rok Elsner. - Pamiętam to jak dziś - był faul, więc do piłki poszedł Sebastian. W całym tym mistrzowskim sezonie, zaliczył niezwykłą liczbą asyst. (13, red.). Dośrodkował dokładnie w to miejsce, gdzie ja wybiegałem. Wyprzedziłem jeszcze, o ile się nie mylę, Cezarego Wilka. Zobaczyłem piłkę, wyskoczyłem do niej, uderzyłem głową. Miałem przy tym też trochę szczęścia, bo bramkarz Wisły, poślizgnął się przy interwencji. Ale też dobrze uderzyłem i było 1:0 dla nas. To zostanie w mojej głowie i w moim sercu do końca życia. Muszę powiedzieć, że to był najważniejszy gol w mojej karierze. Ten strzał przeszedł do historii Śląska, choć aby dzieło się dokonało, trzeba było utrzymać korzystny wynik do końca - dodaje Elsner.
 
To nie był jednak koniec emocji. Wisła nie zamierzała odpuścić, a dodatkowo w samej końcówce grała z przewagą jednego zawodnika po czerwonej kartce dla Krzysztofa Wołczka. W jednej z ostatnich akcji meczu gospodarzom zabrakło bardzo niewiele, by doprowadzić do wyrównania. - Wiedzieliśmy, że mecz trwa 90 minut, musieliśmy być skoncentrowani do ostatniego gwizdka. Wisła miała w ostatniej minucie jeszcze dobrą okazję do wyrównania, ale zabrakło im szczęścia. Taka jest piłka. Właśnie za to ludzie ją kochają. To były niebywałe emocje - kończy Elsner. Bramka dla gospodarzy nie padła, sędzia odgwizdał koniec meczu. To oznaczało jedno: Śląsk Wrocław po raz drugi w historii był mistrzem Polski! Tak te wyjątkowe chwile wspomina Mariusz Pawelec, obrońca, który od 2008 roku jest zawodnikiem Trójkolorowych:
 
„Każdy mały chłopak ciężko trenuje po to, żeby kiedyś zdobyć to mistrzostwo. To może być jedyna szansa, na to, żeby w swojej przygodzie z piłką osiągnąć taki sukces. Wychodzisz na boisko, słyszysz pierwszy gwizdek i wtedy już człowiek nie kalkuluje, tylko za wszelką cenę musi zrobić wszystko, żeby ten mecz wygrać. To były wielkie emocje. Dopiero po kilku dniach do człowieka dociera co zrobiłeś, co zrobił zespół. Zapisałeś się w historii klubu. Nie każdy może dotknąć tego pucharu, tego medalu, dostąpić tego zaszczytu zdobycia mistrzostwa Polski”.



"Cała Polska w cieniu Śląska"
 
Wśród kibiców przeciwnych drużyn oraz futbolowych ekspertów pojawiały się głosy, że Śląsk to "słaby mistrz". Celnie ripostował te opinie Piotr Celeban - i wtedy, i dziś, zawodnik WKS-u. - Przez ostatnie dwa lata zdobyliśmy najwięcej bramek, wygraliśmy też najwięcej spotkań. Z całym szacunkiem dla innych - muszą powiedzieć, że jesteśmy najlepszą drużyną w Polsce. Patrząc realnie - zdobyliśmy w tym sezonie najwięcej punktów, więc byliśmy najlepsi. Mistrzem Polski nie zostaje się co roku. Powiedzmy sobie szczerze - przez ostatnie miesiące nie graliśmy rewelacyjnie. Mieliśmy ciężkie mecze, bardzo dużo kontuzji, przydarzały się czerwone kartki, tak jak mi w tym pechowym spotkaniu z Lechem. Teraz, w ciągu tygodnia, odwróciliśmy wszystkie przeciwności losu. Wygraliśmy trzy mecze i zostaliśmy mistrzem Polski. Trzeba mieć do nas szacunek - mówił Celik.

 
Śląsk pokazał w sezonie 2011/12, że nawet nie będąc faworytem można zdobywać tytuły i spełniać marzenia. Droga, którą wrocławianie musieli pokonać, by na ich szyjach zawisły złote medale, była długa i kręta, ale wiara w sukces doprowadziła ich do miejsca, o którym marzyli zawodnicy, trenerzy, pracownicy i przede wszystkim kibice WKS-u. Oni nie odwrócili się od klubu nawet gdy grał w III lidze i w nagrodę już kilka lat później świętowali drugie mistrzostwo kraju. Teraz marzą o trzecim, a dzieje WKS-u pokazują, że słowa „Cała Polska w cieniu Śląska” nie muszą być tylko najpopularniejszym hasłem kibiców zielono-biało-czerwonych, ale mogą stać się rzeczywistością.
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Krystyna Pączkowska

Zobacz również