Wydarzenia

Futbol znów go cieszy

2017-10-19 12:00:00
W wieku 20 lat grał na czwartym poziomie rozgrywkowym w Serbii. Dwa lata później był już w ekstraklasie, a potem wyruszył na podbój polskiej ligi. O Bałkanach, walce do końca i o tym, czy nie męczą go pytania o Zagłębie Lubin opowiada Djordje Cotra, jeden z najlepszych zawodników Śląska w obecnym sezonie.

O Twoich rodzinnych stronach w Polsce mówi się „kocioł bałkański”. Odczułeś ten „kocioł” na własnej skórze?

Jestem urodzony w Chorwacji. A właściwie teraz jest to Chorwacja, ale wtedy, gdy ja się urodziłem, to była serbska część Jugosławii. W okresie, gdy miałem 8-12 lat, ciągle trwała jakaś wojna, sprowadzaliśmy się do Belgradu i to zdecydowanie nie było łatwe życie dla młodego chłopca. Sport był jedyną drogą, by odciąć się od tego wszystkiego.

Może to jeden z powodów, przez które kraje byłej Jugosławii są tak silne w sporcie, zwłaszcza w dyscyplinach drużynowych.

To prawda, że narody z tego regionu mają duże sukcesy w sporcie. Czy to wynika z tego, o czym mówiłem przed chwilą – nie wiem. Ale na pewno jest tam sporo talentów, a państwa przykładają dużą wagę do rozwoju fizycznego młodzieży.

Ostatnio Słowenia wygrała mistrzostwa Europy w koszykówce.

Widziałem i byłem zaskoczony! Nie zdawałem sobie sprawy, że mają tak mocną drużynę. Jak nie Serbia, to Chorwacja, a jak nie Chorwacja – to Słowenia. Prawie zawsze ktoś się pojawia w czołówce.

Masz dwa paszporty – serbski i chorwacki – ale chyba czujesz się wyłącznie Serbem.

Nie czuję się Serbem, ja jestem Serbem. Ale urodziłem się w miejscu, które obecnie należy do Chorwacji, dzięki czemu mogę mieć również paszport tego kraju. A to ułatwia sporo spraw w życiu, również w karierze piłkarskiej. Dzięki temu teraz nie jestem traktowany jako zawodnik spoza Unii Europejskiej, do której Serbia nie należy. A przepisy przecież ograniczają liczbę graczy spoza UE na boisku w jednej drużynie.

Wspominałeś, że dla młodych chłopaków sport był najatrakcyjniejszym sposobem spędzania czasu. Twoja kariera piłkarska zaczęła się jednak dość późno.

Nigdy nie byłem jakimś wielce obiecującym juniorem, który jako nastolatek wchodził już do ekstraklasy. Mając 20 lat grałem na czwartym poziomie rozgrywkowym w Serbii. Piłka nie była jedynym, co robiłem. Uczyłem się, trenowałem po szkole i futbol nie był moim sposobem zarabiania na życie. Potem trafiłem do klubu BSK Borca, na trzecim poziomie rozgrywek. Na testy przyjęli 50 zawodników i trener wybrał trójkę, których gra najbardziej mu się spodobała. W tym mnie.

Stamtąd wypłynąłeś na szerokie wody.

Wszystko działo się szybko, mając 20 lat grałem w IV lidze, a jako 22 latek trafiłem do serbskiej ekstraklasy, do Vojvodiny. Przeskok by duży.

Nie było łatwo odnaleźć się w naprawdę poważnej piłce?

Niedawno czytałem jak Nenad Bjelica, trener Lecha Poznań, wspomina swoją grę w Chorwacji. Mówił, jak to wyglądało, zwłaszcza, gdy piłkarz był sam. Ja byłem takim zawodnikiem, który nigdy nie miał menadżera. A w Serbii i podobnych krajach, jest bardzo ważne, by mieć kogoś mocnego za sobą. Oczywiście to nie jest żadne alibi, ale taka osoba jest tam bardzo istotna. Jak jesteś sam – jesteś pierwszy do odstrzału, pierwszy tracisz miejsce w zespole, pierwszy na wszystko, co złe.

W takim razie – dlaczego zdecydowałeś się, by nie wiązać się z żadnym menadżerem?

Rodzice i wszyscy bliscy ludzie zawsze mi mówili, żebym za bardzo nie ufał ludziom. Nie polegał na innych, tylko na sobie. W Serbii menadżer to nie jest ktoś taki, jak w Polsce. Często piłka to dla nich tylko biznes, nie są związani z futbolem, nie wywodzą się z tego środowiska. Ale za to mają koneksje, znają odpowiednich ludzi. Teraz jednak sądzę, że być może zrobiłem błąd. Nie wszyscy są przecież tacy. Może moja kariera byłaby jeszcze lepsza, potoczyłaby się korzystniej. Ale nie narzekam.

Od początku kariery grałeś na boku obrony czy trenerzy wypróbowywali Cię na innych pozycjach?

Gdy zaczynałem, większość zespołów grało trójką z tyłu i z wahadłowymi na bokach. Grałem lewego wahadłowego, a potem lewego obrońcę. Czasem trenerzy próbowali mnie na lewym skrzydle, ale to były krótkie eksperymenty. Na boku pomocy jest całkiem inne granie. Kibicom czasem wydaje się, że jeśli boczny obrońca jest dobry w grze do przodu, to bez problemu może zagrać jako skrzydłowy. Według mnie to nie takie proste.


Z Serbii wyjechałeś jako 26 letni zawodnik, od razu trafiając do Polski. Jak na tamtejsze standardy, byłeś już mocno doświadczonym graczem.

W Serbii jak piłkarz ma 25-26 lat, to już można powiedzieć, że jest stary. Teraz troszkę się to zmienia, ale w moich czasach, gdy tam grałem, był bardzo duży nacisk na młodych zawodników. To nie było tak, że ja miałem 10 okazji i mnóstwo możliwości, by odejść. Miałem okres, że – nazwijmy to – kłóciłem się ze swoim byłym klubem, z prezesem i te ostatnie sześć miesięcy w Serbii nie było dla mnie najlepsze. Gdy pojawiła się okazja, by sprawdzić się w Polsce, w Polonii Warszawa, szybko się zgodziłem. Ale to też nie było tak, że od razu podpisałem umowę. Po prostu zaprosili mnie na testy, pojechałem z drużyną na obóz do Turcji, zagrałem dwa sparingi i dopiero wtedy podpisałem kontrakt.

Ostatnie pół roku w Serbii było trudne, ale i pierwsze pół roku w Polsce nie należało do łatwych.

Będąc młodym byłem bardzo związany z rodziną, z domem, z kolegami. Dlatego po początkowej euforii, że podpisałem zagraniczny kontrakt, potem było mi ciężko. Niełatwo zmienić wszystko w ciągu jednego tygodnia, zwłaszcza, że to był dla mnie pierwszy raz. Pierwsze sześć miesięcy w Polsce nie wspominam jako okresu, w którym dobrze mi się wiodło. Ale ja wiedziałem, że z tego wyjdę. Taki mam charakter. Jak jest ciężko to nie poddaje się i nie mówię „a, to może lepiej wrócę do domu”. Lubię walczyć do końca. Za siebie i za to, co jest mi bliskie. Byłem przekonany, że zła karta się odwróci i przyzwyczaję się do wszystkiego, co mnie tu czekało.

Do Polonii trafiłeś w erze Józefa Wojciechowskiego.

Na początku pod względem organizacyjnym było wszystko w porządku. Ale nie wszystko szło tak, jak klub i właściciel zakładali. On był wymagający, chciał awansu do europejskich pucharów, w związku z tym często zmieniał się skład drużyny. Do pucharów nie awansowaliśmy, Wojciechowski ostatecznie zdecydował się sprzedać klub. Kupił go Ireneusz Król.

Z Polonii odszedłeś dosyć szybko, po roku, zresztą w tym samym okienku transferowym, w którym z klubem pożegnali się m.in. Adam Kokoszka i Dominik Budzyński.

Tak, zimą mnie w klubie już nie było. To, co stało się z Polonią później jest dla mnie czymś najdziwniejszym, co widziałem w swojej piłkarskiej karierze. Dla mnie niewytłumaczalne jest, że to się wszystko tak potoczyło.

W Zagłębiu Lubin mogłeś się poczuć gwiazdą drużyny, byłeś kapitanem, przez pewien czas swego rodzaju „twarzą” klubu.

Ale nie było tak, że po przyjściu do Lubina wszystko podano mi na tacy. Tutaj też pierwsze pół roku miałem słabsze, a potem spadliśmy nawet z ekstraklasy. Nie wydawało się, że będzie tak, jak mówisz. Wiadomo, my – obcokrajowcy – jesteśmy sprowadzani do klubu, żeby zrobić różnicę. Zawsze jak jest słabiej, przychodzi jakieś niepowodzenie – wtedy kibice patrzą w stronę obcokrajowców. Musimy wziąć większą odpowiedzialność na siebie i tak powinno być. Były trudne momenty, ale wytrzymaliśmy je. Ja sam zapracowałem sobie na to wszystko, co w Zagłębiu osiągnąłem. Jestem zadowolony z tego, że może za pięć lat ktoś będzie mówił o bocznym obrońcach i będzie mógł powiedzieć „Był jeden dobry u nas w Zagłębiu, Cotra”. Dla mnie to jest przyjemność.

Mówiłeś o trudnym początku w Polonii, słabym pierwszym półroczu w Zagłębiu. Dlaczego więc po przyjściu do Śląska od razu wskoczyłeś na wysokie obroty, wywalczyłeś pierwszy skład i imponujesz formą?

Nie ma prostej odpowiedzi, co zmienić, co musi się stać, by tak to się potoczyło jak we Wrocławiu. Jak przychodziłem do Polonii i do Zagłębia, trafiałem do podobnych środowisk, gdzie dużo było negatywnego otoczenia wokół klubu. Przez prezesów, pieniądze, wszystko co działo się w klubie, ludzie byli nie najlepiej nastawieni. Może to mi nie pomogło. Nie zaczynałem najlepiej, ale odwróciłem to wszystko. Tutaj, we Wrocławiu, wszystko poszło fajnie. Latem byłem bardzo zdeterminowany, żeby zmienić klub. Wiedziałem, że tego mi potrzeba. I wiedziałem, że jak zmienię klub, to sobie poradzę. Będą grać dobrze. Po prostu przyszedł taki moment, w którym poczułem, że muszę zacząć grać gdzieś indziej, by wróciła mi radość z piłki nożnej. W Śląsku od początku mi się to udaje, ale zawsze trzeba wymagać więcej. I wiem, że stać mnie na więcej.

Nie męczą cię pytania o to, że Zagłębie zamieniłeś właśnie na Śląsk? Wiadomo, derbowa rywalizacja tych klubów budzi bardzo duże emocje.

Na początku sezonu, przed meczem w Lubinie, trochę mnie to już męczyło. To był temat numer jeden przed tym spotkaniem, a ono przypadło już w 2. kolejce. Ale powiedziałem sobie – „ok, może lepiej teraz, odpowiem na dużo pytań, ale później będę mieć większy luz”. I raczej tak było, kilka dni po meczu ten szum wokół mojej osoby i tego transferu przycichł. Cieszę się, że nikt tutaj nie koncentruje się na tym, gdzie grałem wcześniej. Myślę, że swoją grą zasłużyłem, by nie mówić o mnie tylko jako o „tym zawodniku, który przyszedł z Zagłębia”. Chciałbym, by mówiono o mnie, że przyszedłem do Śląska i podniosłem choć troszkę jakość zespołu.

Już można tak powiedzieć. Ostatnio niemal co tydzień jesteś wybierany do „11 kolejki”, masz już na koncie dwie asysty. Ale mówisz, że trzeba więcej od siebie wymagać – czego więcej zatem od siebie oczekujesz? Bramki?

Bramki tak, oczywiście, bo miałem już ku temu okazje…

Ciągle żałujesz tego niesamowitego rajdu przez pół boiska z meczu z Legią?

Z Legią też, ale wydaje mi się, że w ciągu kilku ostatnich kolejek to prawie w każdym meczu miałem szansę na gola. Nie strzeliłem, czegoś zabrakło. Ale strzelę. Najbardziej koncentruje się jednak na wynikach zespołu. Chcę, byśmy jako zespół grali jeszcze lepiej, byśmy byli w czołówce tabeli. Wtedy będę zadowolony. Co do mojej formy – chciałbym, by była stabilna. Ale wiadomo, jak to jest z dyspozycją piłkarza. Czasem są dołki, czasem ona idzie do góry. Ważne, by chwiała się jak najmniej. Myślę, ze stać mnie na to.

Poza grą na boisku masz jeszcze dodatkową rolę w klubie, bo opiekujesz się trochę Dragojlubem Srniciem. Masz więcej obowiązków w związku z tym?

Dobrze się czuję, że mogę mu pomóc. On szybko przyzwyczaja się do tego wszystkiego, co go tu spotkało. Bardziej jestem dla niego po prostu kolegą niż „opiekunem”. Mamy dobry kontakt, a zawsze to łatwiej i milej, jak masz rodaka w swoim klubie.

A jak mu idzie nauka języka?

Pod tym względem jest naprawdę talentem. Szybko łapie nowe słówka, już teraz rozumie po polsku sporo zwrotów. Sądzę, że niebawem będzie w stanie po polsku porozmawiać.

Już na koniec – mówiliśmy o Twojej dobrej formie i obecności w najlepszych drużynach kolejki – a kto według Ciebie jest najlepszym lewym obrońcą w polskiej lidze?

Wyróżniłbym na pewno Kostevycha z Lecha Poznań, a także Hlouska z Legii Warszawa. Wiem, że ostatnio jest na niego nagonka, mówi się o słabszej dyspozycji, ale ja cenię jego umiejętności. Jest więcej dobrych bocznych obrońców w ekstraklasie, ale ta dwójka daje jakość zarówno w ofensywie, jak i defensywie. A boczny obrońca jest według mnie przede wszystkim od bronienia. Atak jest plusem, dlatego szanuję i cenię tych zawodników, którzy dają coś i z przodu, i w obronie.

Jaki wynik na koniec sezonu by Cię zadowolił?

Mam taką swoją zasadę, że nie lubię, nie mogę i nie chcę patrzeć daleko w przyszłość. Lepiej być w pełni skoncentrowany na tym, co czeka nas za chwilę, na najbliższym meczu. Będę bardzo zadowolony jak wygramy z Wisłą. I to jest absolutnie najdalszy punkt na horyzoncie, do którego sięga mój wzrok.

Tekst pochodzi z oficjalnego klubowego magazynu "Wokół Śląska" (nr 5, 150), wydanego przed spotkaniem z Wisłą Kraków w ramach 12. kolejki LOTTO Ekstraklasy sezonu 2017/18. Całość magazynu dostępna TUTAJ.

Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Krystyna Pączkowska

Zobacz również