Wydarzenia

Jak Kostka złamał żebro | Śląsk vs. Górnik 3:3

2020-05-09 10:55:00
9 maja przypada 55. rocznica kapitalnego spotkania między beniaminkiem ekstraklasy, Śląskiem Wrocław, a niezwykle silnym mistrzem kraju - Górnikiem Zabrze. Po wspaniałym widowisku na Stadionie Olimpijskim padł remis 3:3, co było ogromną niespodzianką. Przypominamy artykuł o tym wyjątkowym meczu.

Był taki mecz… 9 maja 1965 Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze 3:3 (2:1)

 
Są mecze, o których nie pamiętamy na drugi dzień. Są też takie, o których chcielibyśmy nie pamiętać. Zdarzają się jednak spotkania, które wbijają się w pamięć mocniej niż tabliczka mnożenia. Właśnie o nich piszemy w cyklu „Był taki mecz” magazynu "Wokół Śląska". W tym odcinku wspominamy spotkanie z wielkim Górnikiem Zabrze wiosną 1965 r.
 
Zabrzanie w latach 1963-67 pięć razy z rzędu sięgali po tytuł mistrza Polski. Z kolei Śląsk dopiero po drugim z tych triumfów zadebiutował w ekstraklasie. Jesienią w pierwszym starciu obu klubów na poziomie ekstraklasy WKS został rozbity przy Roosevelta.
 
JAK MOŻNA ZE ŚLĄSKIEM STRACIĆ TRZY GOLE?!
 
- Co oni mieli za skład! Lubański, Lentner, Wilczek, Musiałek, no i Pohl przede wszystkim. Presji dodatkowej nikt nie stwarzał. My samy wiedzieliśmy, że musimy wznieść się na szczyty naszych umiejętności, żeby osiągnąć jakiś przyzwoity wynik. Najczęściej pytanie brzmiało tylko, jak wysoko wygrają? Przegraliśmy w Zabrzu 3:6. Jak strzeliliśmy trzecią bramkę, to snajper Górników rozpoczął ze środka i kopnął piłkę od razu w trybuny. Zdenerwowany krzyczał „Jak można z takim zespołem stracić trzy gole?!” - opowiada Władysław Poręba, jeden z niewielu żyjących bohaterów tamtych wydarzeń.
 
CZARNA MAGIA LENTNERA
 
Przed przyjazdem na rewanż do Wrocławia Górnik był współliderem tabeli, podczas gdy Wojskowi dopiero co opuścili strefę spadkową.- We Wrocławiu już nie szło im tak dobrze. Do krycia Pola wyznaczony był Walenty Czarnecki. Napastnik zabrzan w późniejszych czasach się irytował przed spotkaniami ze Śląskiem: „Cholera, znowu będzie mnie ten siwek krył” - wspomina Poręba. Nasz rozmówca miał zaś zwykle za zadanie pilnować Romana Lentnera. - Dla mnie jego gra to była czarna magia. Miał jeden zwód, ja byłem co prawda szybki, ale on był straszny. Nie miałem na niego sposobu. Z kolei taki Eugeniusz Faber z Ruchu był bardziej wszechstronny, a ja o 12 w nocy mogłem wstać i grać na niego. Nie lubiłem kryć niskich graczy. Dlatego dobrze mi się grało na przykład przeciwko Zawiszy, w całej karierze strzeliłem im trzy bramki. U nich w obronie było trzech „drągali”, każdy po 1,95 m.
 
Widowisko na Stadionie Olimpijskim oglądało około 40 tysięcy widzów. Pomimo szybkiego prowadzenia przyjezdnych, tuż przed przerwą Śląsk odwrócił wynik dzięki kuriozalnej bramce wpuszczonej przez golkipera reprezentacji Polski.- Jasiu Świerniak strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego! Bramkarz Górnika, Hubert Kostka, złamał sobie przy tym żebro. Piłka szła w krótki róg, a on interweniując nadział się na słupek.
 
Po zmianie stron wrocławianie pokonali również rezerwowego golkipera zabrzan, ale mistrzowie Polski zdołali wyrównać. - Gdy prowadziliśmy 3:1, dostałem piłką od Pohla w głowę. To był strzał z bliska, a pociągnięcie on miał straszne. Do końca meczu nie wiedziałem, gdzie jestem. Powinienem poprosić o zmianę. To po części moja wina, że skończyło się remisem – tłumaczy się Poręba.

 
BUTY LECIAŁY DALEJ NIŻ PIŁKA
 
Mimo to wynik był wielkim sukcesem niedoświadczonego zespołu.- Radość była ogromna. Dostaliśmy ze trzy dni urlopu po tym sukcesie. Byliśmy biednym klubem, mieliśmy chyba najgorsze warunki w lidze, obok Zawiszy. Inni piłkarze nam  mówili: „Po co weszliście do ligi, jak wy tak słabo zarabiacie?”. Z obuwiem to mieliśmy katastrofę. Czasami graliśmy w korkotrampkach. Takich, że jak mocno uderzyłeś, to jeden z nich leciał dalej niż piłka – uśmiecha się Poręba.
 
STO DNI ZOK-U
 
Śląsk prowadził wówczas Władysław Giergiel, były piłkarz Wisły Kraków i szkoleniowiec wielu ligowych zespołów. We Wrocławiu zapamiętany nie tylko jako autor historycznego awansu do elity. - Giergiel to był kawalarz. Pierwsze 15 minut treningu siadaliśmy na piłkach, a on opowiadał anegdoty – śmieje się jego imiennik. - My byliśmy wojskowymi, więc mimo wszystko miał niewiarygodny posłuch.. Raz mu strasznie podpadłem. Rozkazał szefowi kompanii, żeby nikogo nie wypuszczać na przepustkę, bo za trzy dni mieliśmy kolejny mecz. Ale ja chciałem wyrwać się do Bielawy, gdzie mieszkałem. Poszedłem do szefa i powiedziałem, że trener pozwolił jechać do domu, bo mam sprawę rodzinną. Pech chciał, że za dwie godziny oni się spotkali i ten pierwszy mówi: „Panie Władysławie, zrobiłem to, o co pan prosił” (śmiech). Po sezonie dostałem za karę 99 dni ZOK-u (Zakaz Opuszczania Koszar). Większość z nas była żołnierzami, nie mogliśmy sobie pozwolić na niesubordynację. 
 
PIŁKARZE NA STRZELNICY
 
Skład WKS-u opierał się wówczas na piłkarzach powołanych do wojska. - Po awansie klub zaczął się starać, żeby piłkarze odbywający służbę wojskową zostawali w Śląsku na dłużej. Takimi cywilami byli na przykład Rudek Siegert czy Paweł Śpiewok, a po pół roku dołączył do nich jeszcze Kiki Skowronek – wyjaśnia Poręba. - Ja z kolei zostałem zawodowym żołnierzem, podobnie jak Walek Czarnecki czy Władek Żmuda. Z samą armią nie miałem faktycznie nic do czynienia. Raz do roku tylko jeździliśmy na strzelnicę wojskową.
 
 
Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze 3:3 (2:1)
Bramki:  Śpiewok 24’, 61’, Świerniak 43’ – Kuchta 4’ (sam.), Wilczek 70’, Lentner 73’
Śląsk: Masseli - Poręba, Siegert, Kuchta, Brodacki – Majnusz, Stachuła, Świerniak - Kulik, Śpiewok, Skowronek.
Autor: Filip Podolski

Zobacz również