Wydarzenia

Majdan: Blindfootballiści mogą dawać przykład zawodowym sportowcom

2019-11-01 15:00:00
- To niesamowici ludzie. Każdy z nich ma swoją niebanalną historię, każdy musiał walczyć nie tylko na boisku, ale i w codziennym życiu – mówi o kolegach z drużyny Śląsk Wrocław Blind Football Radosław Majdan. Były bramkarz reprezentacji Polski podzielił się z nami przemyśleniami po turnieju klubowych mistrzostw świata w Bułgarii, z którego ze złotymi medalami powrócili zawodnicy WKS-u.
To dla pana drugi występ na mundialu, choć w zupełnie innej formie. Historia Radosława Majdana i blind footballu jest dość niezwykła, wydawała się niemożliwa do przewidzenia.
 
Radosław Majdan: Na początku myślałem, że moja przygoda z blind footballem zacznie i skończy się na jednej wypowiedzi, kiedy przed meczem Śląska we Wrocławiu poproszono mnie, jako eksperta Eurosportu, abym zaprosił kibiców na mecz o Puchar Polski. Życie napisało jednak swój  scenariusz. Dostałem propozycję od trenera Mikołaja Nowackiego, pojawiłem się na pokazowym treningu dla mediów, a potem już na normalnych zajęciach z kolegami. Poznałem, czym jest blind football, jaką stosuje się taktykę czy schematy rozegrania. Umówiłem się z chłopakami, że pojadę z nimi na mistrzostwa do Bułgarii, a one skończyły się dla nas bardzo szczęśliwie. Zdobyliśmy złoto, chociaż nie byliśmy faworytem. Ale ja też im o tym mówiłem - nie zawsze faworyt wygrywa, to jest wpisane w futbol. Nie daliśmy się pokonać niezwykle silnym zespołom z Rosji czy Niemiec, to a prosty dowód, że Śląsk Wrocław Blind Football prezentuje naprawdę wysoki poziom.
 
Zespół jechał na turniej z dużą pokorą. W którym momencie według pana uwierzył, że może powalczyć o coś naprawdę wielkiego?
 
Sądzę, że po spotkaniu z Rosjanami. Wyszliśmy na ten mecz z dość defensywną taktyką, którą rozrysował trener Lubomir Prask. Trzech zawodników ustawiliśmy bliżej bramki, bo wiedzieliśmy, że we wszystkich poprzednich starciach z tą drużyną rywal okazywał się za silny, a my mieliśmy problem, by strzelić jakiegokolwiek gola. Ta taktyka sprawdziła się. Rosjanie mieli przewagę, ale utrzymaliśmy wynik 0:0 i awansowaliśmy z grupy. To spotkanie zbudowało naszą drużynę. Chłopaki uwierzyli, że z każdym można grać jak równy z równym i osiągać dobre wyniki. Wiedzieliśmy już, że jesteśmy w dalszej fazie i naprawdę możemy powalczyć o coś więcej. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że z Niemcami łatwo nie będzie.
 
Właśnie - półfinał, remis i konkurs rzutów karnych, w których wybronił pan decydujące strzały. Czy emocje były takie same jak podczas kariery piłkarskiej?
 
Z pewnością emocje był bardzo duże. Chłopaki bardzo się zaangażowali i chciałem im jak najbardziej pomóc. Starałem się bronić tak dobrze, jak tylko umiem. Są emocje, tym bardziej, że była to przecież gra o finał. Chciałem wnieść do drużyny coś od siebie. Jadąc na te zawody, dużo myślałem o tym, abym służył im pomocą, był ostoją w bramce i zawodnikiem, który wymiernie pomoże na boisku. A konkurs rzutów karnych był ku temu okazją. Udało się obronić jeden z dwóch rzutów karnych i bardzo się z tego cieszę.
 



Co było najtrudniejsze dla pana w zaadaptowaniu się do blind footballu? Gra na pozycji  bramkarza wygląda bowiem nieco inaczej niż w piłce nożnej osób widomych.
 
Na początku nie mogłem przyzwyczaić się do tego, że bramkarz może wyjść nie dalej niż około metra od swojej bramki. Bardzo mocno trzeba uważać, żeby nie przekroczyć wyznaczonej linii, bo skutkuje to rzutem karnym. Z kariery piłkarskiej przyzwyczajony byłem do skracania pola, a tutaj ta możliwość jest dość ograniczona. Ostatecznie ani razu nie popełniłem tego błędu, więc chyba udało mi się to opanować. Muszę też powiedzieć, że kierowanie drużyną nie jest łatwe. Trzeba bardzo zwięźle i szybko informować zawodników, gdzie się znajdują, po której stronie boiska jest piłka, kto jest w jej posiadaniu. Kolejna sprawa to wprowadzanie piłki do gry. Jeżeli wyrzucisz piłkę dokładnie, nie za mocno, by zbytnio nie dzwoniła, to jest w stanie przelecieć nawet w okolice bramki rywala. Mieliśmy właśnie taki wariant rozpoczęcia akcji. Na początku zdarzało mi się wyrzucać ją za mocno, bo bałem się, że rywal przejmie piłkę. Doszedłem później jednak do lepszej wprawy, zaliczyłem nawet asystę w finale przy bramce Łukasza Byczkowskiego. 
 
Spędził pan sporo czasu z naszą drużyną blind footballu. Jakie są pana przemyślenia odnośnie funkcjonowania chłopaków w zespole, ich codzienności, pasji?
 
To niesamowici ludzie. Każdy z nich ma swoją niebanalną historię, każdy musiał walczyć nie tylko na boisku, ale i w codziennym życiu. Fantastyczne, że skierowali swoją energię na piłkę nożną. Tworzą świetną grupę. Widzę, że dodatkową energię daje im to, że są drużyną Śląska Wrocław. Można zaobserwować u nich wielkie zaangażowanie, ogromną radość. Kiedy weszliśmy do finału i ruszyli do mnie po obronionym karnym - zrobiło mi się niesamowicie przyjemnie, że mogę w tym uczestniczyć. Te wspólne dni tym bardziej związały mnie z nimi. Wspólne posiłki, odprawy, spotkania, żarty... Przypomniały mi się czasy kariery piłkarskiej, to wszystko wróciło. Niewątpliwie mam do nich olbrzymi szacunek za to, z jak wielką pasją podchodzą do piłki. Napisałem na swoim Instagramie, że mogą dawać przykład zawodowym sportowcom, jeśli chodzi o podejście do gry, walkę i chęć zwyciężania. Poza boiskiem - super ludzie, bardzo weseli. Czas spędzony z nimi to dla mnie wielka przyjemność.
 
 
Autor: Tomasz Szozda, Jędrzej Rybak, Fot. Krystyna Pączkowska

Zobacz również