Wydarzenia

Sebastian Mila: Myślałem, że to sen

2014-10-12 16:50:00
8
Sebastian Mila był jedną z najszczęśliwszych osób, które w sobotę pojawiły się na Stadionie Narodowym. Bramka pomocnika Śląska dla reprezentacji Polski ostatecznie pogrążyła drużynę mistrzów świata i zapewniła biało-czerwonym pierwsze w historii zwycięstwo nad Niemcami. - Myślałem, że to sen - mówi o golu zdobytym w 88 minucie spotkania Sebastian Mila.
Jakie to uczucie zostać bohaterem we własnym kraju?
Gdy po raz pierwszy w historii wygrywa się mecz z takim rywalem, to uczucie jest naprawdę niesamowite. Ale nie uważam, żebym był bohaterem. Jeśli ktoś zasłużył na takie miano, to cała drużyna i kibice. W ostatnich dniach wokół tego meczu została stworzona wspaniała otoczka, potrafiliśmy się wszyscy zjednoczyć wokół wspólnego celu, jakim było odniesienie zwycięstwa z mistrzami świata. To nasz wspólny sukces.
 
Po meczu na Twitterze PZPN-u zamieszczono zdjęcie, na którym wychodzisz z szatni, trzymając się z uśmiechem za głowę. Wtedy jeszcze nie dowierzałeś, że to się stało naprawdę?
Właśnie tak było. Przecież jeszcze siedem miesięcy musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy „ślizgać” się do końca kariery czy walczyć o to, by utrzymać się na szczycie. Decyzja oczywiście była łatwa, w końcu całe życie byłem wojownikiem, ale jej wcielenie w życie kosztowało mnie i najbliższych naprawdę wiele wysiłku. Przeszedłem trudną drogę, ale jestem wdzięczny trenerowi Pawłowskiemu za to, że mi ją wskazał i pomógł pokonać. Dzięki niemu oraz kolegom z zespołu, którzy zawsze mnie wspierali, doszedłem do formy, pozwalającej na otrzymanie powołania do reprezentacji. Jeszcze przed miesiącem znalazłem się w niej jako zastępstwo za kontuzjowanego gracza, teraz od razu dostałem się do grona dwudziestu pięciu najlepszych polskich piłkarzy. Wielu o tym marzy i wielu na to zasługuje, ale to właśnie ja dostałem szansę występu przeciwko mistrzom świata, którzy trzy miesiące temu rozgromili Brazylię 7:1. No i na dodatek udało mi się strzelić bramkę Neuerowi, który generalnie nie jest przyzwyczajony do wyciągania piłki z siatki. Jestem wielkim marzycielem, ale zwykle marzę o rzeczach realnych, a to, co mi się przydarzyło, było absolutnie nierealne. Przepraszam, że tak się rozgadałem, ale to wszystko jest dla mnie bardzo ważne i chciałem się podzielić moimi odczuciami.
 
Moment, kiedy prawie 60 tysięcy kibiców na Stadionie Narodowym skandowało Twoje nazwisko, musiał być bezcenny.
Pomyślałem, że to się nie dzieje naprawdę. Futbol ma strony lepsze i gorsze. Skandowanie nazwiska piłkarza, docenienie jego wkładu w wynik meczu, to jedna z najlepszych rzeczy, jaka może się przydarzyć w karierze. Jest mi niezmiernie miło i dziękuję wszystkim.
 
Po takim meczu pewnie nie da się szybko zasnąć?
To był rzeczywiście olbrzymi problem. Ze względu na różne obowiązki w hotelu byliśmy bardzo późno. Mimo to w każdym z nas buzowały emocje i adrenalina, dlatego nie mogliśmy zasnąć. Rozgrywaliśmy ten mecz jeszcze raz w głowach i delektowaliśmy się chwilą, ponieważ od dzisiaj myślimy wyłącznie o Szkocji. Niestety, wszystko skończyło się bardzo szybko. Tak to już niestety jest w futbolu, że piękne chwile nie trwają zbyt długo.
 
Pierwsza myśl po przebudzeniu…
Że przyśnił mi się piękny sen (śmiech).
 
Twój telefon pewnie zablokował się od sms-ów z gratulacjami?
Gdy po meczu wziąłem go do ręki, miałem niemal dwieście wiadomości! To szalenie miłe. Ci wszyscy ludzie byli ze mną na dobre i złe. Mam nadzieję, że wczorajszym meczem chociaż odrobinę im się odwdzięczyłem za wiarę, jaką we mnie pokładali. Choć tak naprawdę zawsze będę miał wobec nich ogromny dług wdzięczności. 
 
To była najważniejsza bramka w Twojej karierze?
Zdecydowanie tak. Strzeliłem ich już wiele, niektóre z nich decydowały o ważnych rzeczach. Tą jednak umieszczam na samym szczycie rankingu, nie tylko dlatego, że zdobyłem ją w meczu z mistrzami świata, ale przede wszystkim z powodu niezliczonej rzeszy osób, którym dała ona ogromną radość. Jej ciężar gatunkowy jest wyjątkowy, dlatego postanowiłem zadedykować ją moim ukochanym dziewczynom: narzeczonej Uli oraz córeczce Michalince.
 
Duża w tym trafieniu zasługa Roberta Lewandowskiego, który ściągnął na siebie obrońców i idealnie Ci wystawił piłkę. Przed meczem wydawało się, że role na boisku będą odwrotne.
Rzeczywiście, prędzej bym pomyślał, że to ja jemu dogram piłkę. Robert zrobił kapitalną robotę i ta bramka to w zasadzie w stu procentach jego zasługa. Świetnie się zastawił, ale to akurat nie jest zaskoczeniem. Każdy wie, jak jest silny. To piłkarz z najwyższej półki. Grać z nim w jednej drużynie to olbrzymia przyjemność.
 
Po strzeleniu bramki sprintem pobiegłeś do ławki rezerwowych i rzuciłeś się w ramiona selekcjonera. To chyba nie był przypadkowy gest?
Jak najbardziej. Adam Nawałka, tak jak Tadeusz Pawłowski, zrobił dla mnie naprawdę wiele. Od początku swojej kadencji był ze mną w kontakcie. Dzwonił zawsze przed powołaniem kadry, pytał się o zdrowie i formę. Było jasne, że nie dzwoni bez powodu, a po to, żeby zmotywować mnie do pracy. Cierpliwie czekał, aż wrócę do swojej normalnej dyspozycji. Dzięki jego pozytywnym sygnałom miałem kolejny powód, by zmierzyć się sam ze sobą. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny.
 
We wtorek mecz ze Szkocją. Po wczorajszym dobrym występie liczysz na pierwszy skład?
Moim zdaniem to będzie trudniejszy mecz niż z Niemcami. Dopiero dzięki zwycięstwu ze Szkotami trzy punkty zdobyte w sobotę staną się pełnowartościowe. Każdy z nas zdaje sobie z tego sprawę. Jesteśmy gotowi na ten pojedynek, pełni optymizmu i nadziei. Jeśli zaś chodzi o mnie, to jestem już w takim wieku, że delektuję się każdą minutą spędzoną na boisku. Selekcjoner wie, że może na mnie liczyć, niezależnie od tego, czy wyśle mnie do boju na 10, 45 czy 90 minut. To reprezentacja, tutaj nikomu nic się nie należy za zasługi.
 
Autor: Michał Mazur, Fot. Włodzimierz Sierakowski

Zobacz również