Wydarzenia

Wybitni piłkarze: Janusz Sybis

2020-03-25 14:00:00
Historia Śląska Wrocław pisana była wielu wspaniałych piłkarzy, którzy w trójkolorowych barwach wznosili się na wyżyny swoich umiejętności, zdobywając dla klubu ważne bramki, zwycięstwa i trofea. W serii "wybitni piłkarze" przypomnimy kilku największych z nich, prawdziwe legendy, które na długo zapisały się w pamięci kibiców WKS-u. Na początek - nie mogło być inaczej - Janusz Sybis.
„Już za chwilę, za chwileczkę, Jasiu strzeli pod poprzeczkę” – to jedna z najpopularniejszych przyśpiewek przełomu lat 70. i 80. na wrocławskich stadionach. Kibice WKS-u nie raz intonowali ją na cześć Janusza Sybisa, najwybitniejszego piłkarza w dziejach klubu. – To najważniejsza postać w historii Śląska. Jestem zdziwiony, że we Wrocławiu nie stoi jeszcze jego pomnik – mówi Tadeusz Pawłowski. Takie słowa z jego ust są wyrazem wielkiego szacunku, wyrażanego przecież nie przez przypadkowego fana, ale innego wspaniałego zawodnika, mistrza Polski i najlepszego strzelca wrocławskiego klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Ci dwaj gracze prześcigali się w liczbie bramek, zdobywanych dla zielono-biało-czerwonych i ostatecznie ich rywalizację można uznać za remisową. Pawłowski strzelił bowiem najwięcej goli w ekstraklasie (63), a Sybis – licząc wszystkie rozgrywki (110).

Dzieciństwo

Urodzony 10 października 1952 roku w Częstochowie Janusz Sybis stał się legendą WKS-u dzięki ogromnej liczbie zdobytych bramek, przywiązaniu do barw klubowych – których bronił nieprzerwanie przez 14 sezonów, przebywając w tym czasie drogę z II ligi do mistrzostwa Polski i gry w europejskich pucharach – i sukcesom, jakie również dzięki niemu odnosił zespół. Jest jednak piłkarzem wyjątkowym, gdyż jego styl gry i charakter, który pokazywał na boisku, pozwoliłyby mu zostać zapamiętanym, nawet jeśli występowałby z herbem Śląska na piersi przez ledwie kilka miesięcy. „Był szybki, nieprzewidywalny i błyskotliwy (…). Janusz dodawał kolorytu drużynie, był częścią pewnego przedstawienia, aktorem, bez którego spektakl nie mógł się odbyć” – tak pisze o nim wieloletni dziennikarz sportowy Andrzej Ostrowski we fragmencie książki 'Idol', będącej autobiografią 164-centymetrowego piłkarza. Sam zawodnik o swojej grze pisze tak:

„Poetą się nie urodziłem, za to dobrze grałem w piłkę. Bardzo dobrze! Wyjątkowo, niepowtarzalnie i trochę egoistycznie jak na tamte lata. Chyba piłkarsko wyprzedziłem epokę. Gdybym miał porównać się do piłkarza z obecnych czasów, byłby nim Leo Messi, z tym że ja byłem lepszy. Posiadałem większy wachlarz zwodów, na boisku byłem nieprzewidywalny. Nie potrafiłem po prostu podać piłki do partnera z zespołu, uderzyć prostym podbiciem. Musiałem jeszcze coś wymyślić. Futbolówkę najczęściej posyłałem do pustej bramki, wcześniej ośmieszając golkipera rywali. Zanim po moim strzale zatrzepotała w siatce, musiałem zakpić z obrońców. Po prostu musiałem i koniec!”.
 
Zanim Sybis został najwspanialszym piłkarzem w historii Śląska Wrocław, przeszedł długą życiową drogę, która nie była usłana różami. Jego mama właściwie samotnie troszczyła się o utrzymanie i wychowanie trójki dzieci – Janusza, Roberta oraz Ani. Rodzinę spotkała jednak ogromna tragedia, jaką była śmierć kilkumiesięcznej córki, więc przyszły piłkarz dzieciństwo spędził głównie z mamą i bratem. Na domiar złego niewiele brakowało, a podzieliłby smutny los swojej zmarłej siostry. Miał trzy miesiące, gdy zdiagnozowano u niego zwężenie odźwiernika. Choroba, pojawiająca się najczęściej wśród niemowląt, objawia się problemami z trawieniem, gwałtownymi wymiotami i może prowadzić do odwodnienia organizmu, a w konsekwencji nawet do zatrzymania funkcji życiowych. Pewnego dnia nękany dolegliwościami malec stracił przytomność i niewiele brakowało, a rodzina Sybisów musiałaby opłakiwać kolejne dziecko. Na szczęście bohatersko zachował się wtedy dziadek chorego chłopca, który służbowym samochodem, narażając się na wydalenie z pracy, w ekspresowym tempie przewiózł wnuczka i córkę ponad 200 km z Częstochowy do Warszawy. W szpitalu w stolicy młody Janusz błyskawicznie został zoperowany i wrócił do zdrowia.



Problemy związane ze zwężeniem odźwiernika były najpoważniejszymi, ale nie jedynymi kłopotami ze zdrowiem w dzieciństwie Sybisa. Jeszcze zanim jego matka zabrała dzieci i przeniosła się spod Jasnej Góry do Wrocławia, jej młodszy syn kilkakrotnie odwiedzał gabinety lekarskie. Pewnego razu, podczas przerwy między lekcjami w szkole, jeden z jego kolegów całym swym ciężarem runął mu na lewą nogę. Przyszła gwiazda piłkarskich boisk tak wspomina tę sytuacje:

„Coś chrupnęło, coś strzeliło, a kulas zaczął mi niesamowicie puchnąć. Wystraszyłem się całej sytuacji i… schowałem w kantorku pani woźnej. Straciłem przytomność, już dawno zamknięto szkołę, a ja nie pojawiłem się w domu. (…) Nie wiem, jak mnie odnaleziono, ale była już północ, gdy ocknąłem się wśród mioteł i proszków z siną jak ściana nogą. Godzinę później byłem już w gipsie i w domu”.
 
Lekarz twierdził wtedy, że minie kilka lat, zanim chłopiec zacznie w pełni sprawnie się poruszać. Ale on już dwa miesiące później biegał za ukochaną piłką. Później była jeszcze poszarpana przez szprychy roweru lewa stopa i złamany palec tej samej kończyny. Aż w wieku 8 lat Sybis wraz z rodziną przeprowadził się do stolicy Dolnego Śląska, gdzie kilka lat później rozpoczął treningi w WKS-ie.

Idol Wrocławia

Do Śląska trafił po ukończeniu 5 klasy szkoły podstawowej. Najpierw grał w drużynie trampkarzy, a po dwóch latach – juniorów młodszych. Już wtedy sztab szkoleniowy WKS-u zauważył nieprzeciętny talent nowego zawodnika i zorganizował dla niego indywidualne zajęcia z trenerami Antonim Borkowskim i Aleksander Papiewskim. Piłkarz zdobywał nowe pseudonimy, jak „Mały”, „Sybisek” czy „Jasiu” oraz uznanie w oczach kolegów i ekspertów. W końcu nadeszło nawet powołanie do reprezentacji Polski. Na razie tylko tej młodzieżowej, jedynie na turniej towarzyski, ale za to odbywający się we francuskim Cannes. Niedługo później Sybis miał okazję poznać zupełnie inny kraj, ponieważ kolejne sparingi z orzełkiem na piersi rozegrał w Korei Północnej. Dobre występy w kadrze, a także harmonijny rozwój w juniorskich zespołach Śląska zaowocował szybkim dokooptowaniem go do seniorskiej drużyny. Było lato 1969 roku, gdy 17 latek z Częstochowy stał się graczem II-ligowej wówczas ekipy z takimi asami w kadrze jak Władysław Poręba, Rudolf Siegert, czy Walenty Czarnecki. Sybis szybko złapał dobry kontakt z resztą piłkarzy. Najbliżej trzymał się z Pawłem Śpiewokiem i Władysławem Porębą. Starsi koledzy zaakceptowali go i wprowadzili młodziana do zespołu. Żartowali, że rozumieją się tak dobrze, ponieważ wszyscy byli niewysocy. O „Małym” Poręba mówi:

„Miał szesnaście lat, a był praktycznie gotowy do gry w pierwszym zespole. (…) Pamiętam go doskonale, bo graliśmy na tej samej stronie – ja na prawej obronie, on na prawym skrzydle. Obaj nie mieliśmy warunków fizycznych, ale nadrabialiśmy szybkością. Mówiło się, że Śląsk Wrocław ma najszybszą prawą flankę w lidze”.



Przy wprowadzaniu „Sybiska” do zespołu udział brał również Jan Tomaszewski, wychowanek i ówczesny bramkarz Śląska, po latach znany jako „człowiek, który zatrzymał Anglię”. Przydomek przylgnął do niego po wspaniałym meczu reprezentacji Polski na stadionie Wembley, w 1973 roku, kiedy to biało-czerwoni zremisowali z Wyspiarzami 1:1, zapewniając sobie awans do Mistrzostw Świata, a jednocześnie pozbawiając Synów Albionu szans na wyjazd na mundial. Wydarzenia 1969 roku Tomaszewski wspomina w autobiografii „Jasia”:

„Można powiedzieć, że byłem orędownikiem wejścia Janusza Sybisa do pierwszego zespołu. Janusz był naszym pupilkiem, nie tylko ze względu na wzrost. Był niezwykle poukładanym piłkarzem, grzecznym i statecznym. (…) Prezentował argentyński styl gry, dlatego gracze w Europie mieli z nim ogromne problemy. Ośmieszał bramkarzy, bo miał nieprzewidywalne zwody i strzały”.

Sybis przyjął się w zespole i nie musiał długo czekać na debiut. Nastąpił on 28 września 1969 roku, kiedy to WKS wygrał z Hutnikiem Nowa Huta 4:0. Pierwszą bramkę „Mały” zdobył już w kolejnym roku, podczas towarzyskiego meczu z HJK Helsinborg ze Szwecji. W maju trafił również w lidze, przeciwko Arce Gdynia. Tak zaczynała się wspaniała historia, która po latach przyniesie mu tytuł mistrza Polski i status legendy klubu. A znacznie szybciej – bo w sezonie 1972/73 – pierwszy duży indywidualny oraz drużynowy sukces. Śląsk szedł jak burza przez rozgrywki II ligi, zdobywając po 48 miesiącach oczekiwań awans do I ligi (wówczas – najwyższej klasy rozgrywkowej). Wrocławianie zakończyli zmagania z bilansem 13 zwycięstw, 15 remisów i tylko dwóch porażek. Do tego „Jasiu” został król strzelców, zdobywając 14 bramek. Na niego i cały klub czekały teraz nowe, jeszcze większe wyzwania – walka o mistrzostwo kraju.

W pierwszym roku po powrocie do elity Śląsk nie mierzył od razu w najważniejsze trofea. Zajął 13. miejsce, co pozwoliło jedynie utrzymać się na tym poziomie rozgrywkowym. Kolejne lata były jednak lepsze. Latem 1975 roku WKS świętował pierwszy w historii medal mistrzostw Polski, zajmując na koniec sezonu 3. pozycję i otrzymując kolejną okazję do pokazania  się podczas rozgrywek Pucharu UEFA. W 1/32 finału Śląsk mierzył się z GAIS Göteborg. W Szwecji gospodarze zwyciężyli 2:1, ale rewanż we Wrocławiu był prawdziwym popisem „Małego”. Zaliczył on bowiem hat tricka, Polacy zwyciężyli 4:2 i awansowali do kolejnej rundy. Tam mierzyli się z belgijskim Royal Antwerp. Dzięki jednej bramce Janusza i dwóm Tadeusza Pawłowskiego wrocławianie znów okazali się lepsi, wygrywając w dwumeczu 3:1. Dzięki temu mieli okazję zagrać jedne z najbardziej pamiętanych meczów w historii klubu przeciwko FC Liverpoolowi. Szczupły i niski Sybis nie zdołał poprowadzić drużyny do zwycięstw, odbijając się często od rosłych i silnych Anglików jak od ściany. Mimo odpadnięcia z europejskich rozgrywek i porażki z „The Reds”, piłkarze Śląska byli chwaleni za swoją postawę na międzynarodowych boiskach. Zakończywszy przygodę w Pucharze UEFA mogli skoncentrować się w pełni na krajowych rozgrywkach.


Najlepiej poszło im w Pucharze Polski. W finale pokonali Stal Mielec 2:0, a Sybis zaliczył asystę przy golu Erlicha. Po meczu piłkarze zostali zaproszeni do Śląskiego Okręgu Wojskowego, gdzie otrzymali gratulacje od ówczesnego ministra obrony narodowej. Jak wspomina „Jasiu”, generał, widząc go, powiedział: „O, to ten mały! Słyszałem, że to wasz najlepszy piłkarz. Takich ludzi nam potrzeba”. Dzięki zwycięstwie w Turnieju Tysiąca Drużyn, klub awansował do europejskich rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów, a wcześniej pojechał na towarzyski turniej do Indonezji. Tak wizytę w Azji wspomina Sybis:

„Nagroda od razu wywoływała we mnie sprzeczne emocje. Atrakcyjna wycieczka, ale bardzo męcząca. (…) Rozegraliśmy aż cztery mecze. Najtrudniejszy z nich, z angielskim Stoke City, przegraliśmy 0:1. (…) Porażkę z Brytyjczykami odbiliśmy sobie w spotkaniu z reprezentacją Indonezji, którą po moich trafieniach pokonaliśmy 2:0” .
 
Sezon 1976/77 dla Sybisa zaczął się świetnie, bo po czterech pierwszych meczach miał już na koncie trzy bramki. Wydawało się, że tym razem może powalczyć o tytuł króla strzelców już w I lidze, jednak nie pokonywał bramkarzy tak regularnie, kończąc rozgrywki z 10 trafieniami na koncie. Inna sprawa, że nie był jedynym bardzo skutecznym zawodnikiem drużyny. Więcej goli (12) strzelił Zygmunt Garłowski, a pięć dołożył jeszcze Tadeusz Pawłowski. Mimo dwóch wpadek (porażki 0:5 z Wisłą Kraków i 0:4 z  Widzewem Łódź), WKS stanął przed szansą zapewnienia sobie tytułu mistrzowskiego. Do tego potrzebował wygranej z ROW-em Rybnik w 28. kolejce sezonu. Udało się! Śląsk wygrał 2:1 i zdobył złoty medal. Do rozegrania zostały jednak jeszcze dwa spotkania. W pierwszym z nich, z Ruchem Chorzów, „Jasiu” zdobył swoją najpiękniejszą bramkę w karierze. Mówi o niej tak:

„W dwudziestej piątej minucie gry z linii pola karnego uderzyłem piłkę nożycami. Trafiłem w słupek, ale futbolówka niczym bumerang wróciła do mnie. Nie zastanawiając się długo, poderwałem się z ziemi i szczupakiem skierowałem ją do siatki. Dziennik „Sport” nazwał to trafienie „bramką roku” i niech to posłuży za cały komentarz” .

Śląsk nie zdołał obronić tytułu mistrzowskiego w następnym sezonie, jednak drugie miejsce, jeden punkt za krakowską Wisłą, absolutnie nie było powodem do wstydu. Klub słabo zaprezentował się jednak w Pucharze Europy, odpadając już w I rundzie z Lewski-Spartak Sofia. Sybis nie pokonał bramkarza Bułgarów ani razu, a w lidze zapisał na swoim koncie siedem bramek. Kolejne rozgrywki, pod względem dorobku, były dla „Jasia” dość podobne. Pięć ligowych trafień, a do tego dwa gole w Pucharze UEFA. W tych rozgrywkach WKS zaprezentował się z bardzo dobrej strony, po zaciekłym boju odpadając dopiero z Borussią Mönchengladbach, która potem doszła do finału, pokonując Crvenę Zvezdę Belgrad. Zmagania 1979/80 były kolejnym popisem 164-centymetrowego piłkarza urodzonego w Częstochowie. Zdobył 10 bramek, do spółki z Tadeuszem Pawłowskim prowadząc Śląsk do powrotu na ligowe podium. Ostatecznie wrocławianie zajęli trzecie miejsce i w kolejnym sezonie znów mogli pokazać się w Europie. Z kretesem polegli jednak w Szkocji, ulegając Dundee United 2:7. W lidze było lepiej – czwarte miejsce. Ulubieniec wrocławskiej publiczności prezentował się słabiej, rozgrywki skończył z ledwie jednym trafieniem na koncie. Wydawało się, że gwiazda Sybisa powoli przygasa.



Sezon 1981/82 znów był jednak świetny w wykonaniu WKS-u, a „Jasiu” strzelił siedem goli. Śląsk był o włos od tytułu mistrzowskiego, ostatecznie zajmując drugie miejsce. Kolejny raz wrocławianie walczyli w Pucharze UEFA. Wyeliminowali moskiewskie Dinamo (bramka Sybisa w 1. minucie meczu), ale okazali się słabsi od szwajcarskiego Servette Genewa.

„W sezonie 1982/1983 grałem niewiele. Wystąpiłem w zaledwie czternastu spotkaniach ligowych i to tylko w rundzie jesiennej. Nie była to imponująca liczba. Ale przed ostatnim meczem z Bałtykiem miałem na koncie cztery gole, tyle samo co Tarasiewicz. W klubowej klasyfikacji strzelców lepszy był tylko Mirek Pękala, który zdobył osiem bramek. […] Zanim jednak doszło do pamiętnego spotkania z gdyńskim zespołem, miałem już zaklepany kontrakt na grę w Stanach Zjednoczonych” .

Tak Sybis wspomina swoje ostatnie miesiące jako piłkarza Trójkolorowych. W grudniu 1982 roku wyjechał do Niemiec, ale tam kontraktu ani z Fortuną Düsseldorf, ani VFP Oldenburg nie podpisał. Odebrał za to telefon od swego znajomego, Adama Topolskiego. Ten poinformował go, że jutro ma stawić się na lotnisku we Frankfurcie. Tam czekali już na niego przedstawiciele Edwarda De Bartolo, wówczas jednego z najbogatszych ludzi świata, z gotową umową na grę w zespole futsalowym z Pittsburga. Zaproponowali tak dobre warunki, że „Jasiu” zaakceptował ich ofertę. We wrześniu miał się stawić w Stanach Zjednoczonych. Wcześniej, w czerwcu, wrócił do Wrocławia na jeszcze jeden mecz w zielono-biało-czerwonych barwach. 19 czerwca 1983, w niedzielę, wychowanek Śląska rozegrał ostatnie spotkanie dla swojego klubu. WKS pokonał Bałtyk Gdynia 2:1, po bramkach Pawła Króla i… Janusza Sybisa.
 

Wyjazd do USA

Do Stanów Zjednoczonych Sybis trafił we wrześniu. Niecały miesiąc później rozpoczął rozgrywki w barwach drużyny Spirit Pittsburgh w ramach Major Indoor Soccer League. Klub był własnością Edwarda Johna DeBartolo, amerykańskiego biznesmena włoskiego pochodzenia. W zespole występowało sześciu Polaków: Grzegorz Ostalczyk, Adam Topolski, Zdzisław Kapka, Stanisław Terlecki, Piotr Mowlik i Janusz Sybis. Tak „Jasiu” wspomina swoje początki w amerykańskiej lidze.

„Pierwszy sezon w wykonaniu Spirit Pittsburgh był kapitalny. DeBartolo zacierał na trybunach ręce, bo przychody z biletów były ogromne. […] Duchy, bo taki przydomek nosił nasz zespół, rozgrywał mecze w tygodniu. Najczęściej we wtorki i czwartki. […] To było kapitalne rozwiązanie, bo weekendy mieliśmy dla siebie, ale czasami sezon się wydłużał, szczególnie gdy awansowaliśmy do play-off. Wtedy rywalizacja odbywała się od początku listopada do końca kwietnia, z tym że praktycznie po Nowym Roku graliśmy poza swoim stanem – Pensylwanią. To była dla niektórych katorga, bo większość czasu spędzaliśmy w samolotach. Ale ja nie narzekałem, przynajmniej mogłem za darmo zwiedzić większość Ameryki i odkryć jej uroki”.



Byłej gwieździe Śląska nie sprawiło problemu przyzwyczajenie się do nowych zasad gry, innego boiska i występów pod dachem. W tej odmianie piłki nożnej kluczowe znaczenie miała zwinność, szybkość i dobra technika. Mniej ważne były parametry fizyczne, siła lub wzrost. A to oznaczało jedno – Sybis czuł się podczas halowych zmagań jak ryba w wodzie. Dryblował między rywalami, świetnie rozumiał się z rodakami grającymi razem z nim w zespole i był jedną z czołowych postaci „Duchów”. „Jasiu” zyskał nawet nowy przydomek – „gorące nogi”. Fani doceniali jego szybkość oraz wszędobylskość. Sezon 1983/84 drużyna Spirit zakończyła dopiero odpadając w ćwierćfinale, co wszyscy w klubie przyjęli jako spory sukces. Wydawało się, że kolejne rozgrywki mogą być tylko lepsze, a piłkarz z Częstochowy zostanie w Stanach Zjednoczonych na wiele lat.

Niestety rozgrywki 1984/85 okazały dla drużyny Sybisa nieudane. Zespół zanotował tylko dziewiętnaście zwycięstw, czym rozwścieczył właściciela. Przed kolejnymi rozgrywkami De Bartolo oświadczył, że albo drużyna zacznie grać lepiej i awansuje do fazy play-off, albo on wycofuje się z finansowania klubu. „Duchy” zajęły ostatnie miejsce w tabeli, a właściciel zdecydował się rozwiązać zespół. Legendarny gracz WKS-u dostał jeszcze propozycje kontraktu od klubu z Dallas. Przyjął ją, ale przed rozpoczęciem rozgrywek poleciał do Wrocławia. Oficjalnie – na dwutygodniowy urlop. W rzeczywistości nigdy już do USA nie wrócił.

Po powrocie do ojczyzny Sybis na jedną rundę został zawodnikiem A-klasowej Ślęży Sobótka, dla której zdobył osiem bramek i pomógł w awansie do klasy okręgowej. Dlaczego była gwiazda mistrzów Polski trafiła do klubu z tak niskiej ligi? „Chciałem się odbudować. Przede wszystkim psychicznie, a ukojenie mógł mi dać tylko futbol” – przyznaje sam zainteresowany. W końcu wrócił do Śląska – w roku 1992 został asystentem Tadeusza Pawłowskiego, wówczas trenera I drużyny. Później  Sybis szkolił jeszcze zespół rezerw i pracował z młodzieżą. Częstym gościem w klubie jest do dziś, a jego widok na Oporowskiej lub Stadionie Wrocław podczas meczów zawsze przywołuje na myśl wspaniałe wspomnienia jego piłkarskich popisów oraz przywiązanie do WKS-u.

„Jestem związany ze Śląskiem na dobre i złe. Jak to mówią, tu się wychowałem i tu umrę”.


Źródła:
J. Sybis, "Idol", pod red. Pawła Kociołka i Łukasza Haraźnego, Wrocław 2011
F. Podolski, "Śląsk Wrocław. 30 sezonów w ekstraklasie", Wrocław 2009
M. Wyrwa, "W cieniu Śląska", Kraków 2013
Ł. Idowiak, S. Bąba, "Dzieje piłki nożnej we Wrocławiu w latach 1945 - 1980", Warszawa 2016
J. Tomczyk, D. Bednarek, "Śląsk w europejskich pucharach" Kraków 2001
Archiwum Krzysztofa Mielczarka
slaskopedia.pl
90minut.pl
przegladsportowy.pl
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Archiwum

Zobacz również