Wydarzenia

Porządek w życiu i na boisku | Wokół Śląska

2020-11-09 11:00:00
Większość bieżących spraw odłożyliśmy na moment na bok. Vitezslav Lavička zabrał nas tym razem za kulisy swojej pracy. Wyjaśnił, na czym polega jego spojrzenie na futbol, opowiedział o swoim zamiłowaniu do kultury, ale przede wszystkim pokazał nam świat swoich wartości.
Zdążyliśmy już trochę pana poznać, ale ludzie z zewnątrz chyba nie wiedzą, że na przykład składa pan osobiście życzenia urodzinowe nie tylko członkom pierwszego zespołu, ale także wszystkim pracownikom klubowej administracji. Każdy odbiera to jako bardzo miły gest.

Vitezslav Lavička: Mam szacunek dla nas wszystkich, bo funkcjonowanie klubu sportowego nie opiera się wyłącznie na drużynie czy pierwszym trenerze. Każda osoba ma swoje zadania do wykonania i wspólnie pracujemy na sukces. Dla mnie to tylko mała rzecz, ale myślę, że istotna dla naszej społeczności.  

W styczniu miną dwa lata pana pracy we Wrocławiu. Od samego początku wspierał pan drużynę blind footballu, angażował się też w zbiórkę prowadzoną przez wrocławskie ZOO, uczestniczył w finale WOŚP-u na rynku, a to jedynie część pana pozapiłkarskich aktywności. Ma pan poczucie, że stał się trochę ambasadorem klubu?

Jestem trenerem pierwszego zespołu, ale patrzę na to w ten sposób, że moja rola nie kończy się na zajęciach związanych stricte z przygotowaniem drużyny. Oczywiście, to bardzo ważne. Jednak drugą kwestią jest również reprezentować ten klub na zewnątrz. Postrzegam to jako część mojej pracy.  


W środowisku jest pan powszechnie kojarzony z opanowaniem, byciem dżentelmenem czy po prostu uprzejmością. Często odwołuje się pan do swoich zasad. To z nich bierze się u pana ta siła spokoju, niezależnie od sytuacji?

Tak. To zasługa moich rodziców, zostałem po prostu tak wychowany. Postępuję według swoich zasad nie tylko w piłce, po prostu żyję z nimi w zgodzie. Ale mój spokój nie oznacza, że nie czuję emocji, wręcz przeciwnie. Każdy mecz to są wielkie emocje. Po gwizdku widać te pozytywne - radość w szatni czy momenty, gdy dziękujemy naszym kibicom. Ale jeśli w trakcie spotkania swoją nerwową postawą będę  dostarczał zawodnikom jeszcze więcej stresu, to na boisku nikomu nie pomogę. Unikam złej energii, w każdym momencie chcę dawać wsparcie chłopakom. Natomiast gdy widzę brak dyscypliny, to umiem stanowczo zareagować. To trochę jak sól do zupy. Jest potrzebna, ale nie może być jej za dużo.


Vitezslav Lavička i jego filozofia pracy

Co jest dla pana ważne w nowym miejscu pracy, by stworzyć taką przestrzeń, w której poczuje się pan komfortowo?

To mozaika małych rzeczy. Codzienne spotkania i rozmowy, respekt dla drugiego człowieka. Filozofia mojej pracy zawiera się w jedenastu elementach.  To proste, ale istotne rzeczy - moje pryncypia - i dlatego jestem bardzo zadowolony, że przenieśliśmy je tutaj. Jako trener na profesjonalnym poziomie pracuję już ponad 20 lat. Każde miejsce to nowe, wartościowe doświadczenia również dla mnie. Zanim podpisałem kontakt ze Śląskiem, długo rozmawialiśmy z prezesem i dyrektorem sportowym. Przyszedłem tutaj wraz z trenerem Zdenkiem Svobodą, z którym znam się dość długo. Dariusz Sztylka i prezes Piotr Waśniewski mówili mi, że w klubie są bardzo dobrzy, młodzi trenerzy. Poznawaliśmy się dzień po dniu i w stu procentach się z tym zgadzam. Wzajemne zrozumienie i współpraca w sztabie szkoleniowym są niezwykle istotne. Mam wrażenie, że zawodnicy to dostrzegają i także czują tę synergię.

Wspominał pan, że długo zajmuje się pracą szkoleniową, ale jako piłkarz również osiągał pan liczne sukcesy. Uważa się pan dziś za lepszego zawodnika czy trenera?

W moim przypadku było tak, że moja mama i tato szybko rozpoznali, że kocham piłkę. Żyłem niedaleko Pilzna, moi rodzice kilka razy w tygodniu wozili mnie 20 km na treningi i mecze. To była pierwsza szansa, którą otrzymałem. Następnie dostawałem je od wszystkich trenerów, którzy wprowadzali mnie do futbolu. Gdy miałem około 19 lat, trafiłem do Sparty Praga i to był już w Czechach topowy poziom. A na to pytanie naprawdę trudno mi odpowiedzieć. Kochałem piłkę, gdy miałem 9 lat i kocham ją dziś. Po prostu raduję się, że każdego dnia mogę wykonywać pracę, którą naprawdę kocham.

A jakie są największe bolączki pracy w tym zawodzie? Na podjęcie każdej decyzji wpływa mnóstwo zmiennych, a reakcja po pierwszym gwizdku jest już minimalna. Odpowiedzialność za wyniki bierze jednak głównie trener.

Na pewno jest to trudność. W piłce nożnej, w przeciwieństwie do koszykówki, nie mogę wziąć przerwy na żądanie, pokazać schematu kolejnej akcji. Mamy na to tylko kwadrans po pierwszej połowie. Pierwsze pięć minut należy wtedy zawsze do zawodników – mają okazję złapać oddech, wymienić pierwsze spostrzeżenia. Później przez 7-8 minut ja oraz inni trenerzy zabieramy głos, przekazując im swoje uwagi. Motywujemy się i idziemy grać dalej. W trakcie meczu mogę właściwie przedstawić taktyczne informacje jedynie temu piłkarzowi, który gra blisko linii. Trzeba do tego przywyknąć. Jeśli mam poczucie, że w tygodniu poprzedzającym mecz zrobiłem wszystko, co mogłem - mam na myśli rozmowy z zawodnikami, mocny trening,  dobrą analizę gry przeciwnika, motywację naszych piłkarzy i przyjęcie dobrej taktyki - to wierzę, że wszystko będzie funkcjonować. Choć pamiętajmy, że naprzeciw staje przeciwnik, który chce tego samego. Zwycięstwa, sukcesu, punktów.


Podział zadań w sztabie szkoleniowym jest zawsze taki sam? Czy każdy klub to oddzielny rozdział i inna organizacja pracy?

Gdy byłem młodym trenerem, na początku drogi, to miałem ambicję, aby wszystko robić samodzielnie: rozgrzewkę, przygotowanie motoryczne, taktykę i każdy inny element. Nie da rady. Dużą odmianą była praca w Australii. W Sydney FC head coach kieruje całym procesem. Ten model pracy był dla mnie czymś nowym. Obecnie jest w Śląsku podobnie - każdy z trenerów ma swoją robotę do wykonania. Nie jest tak, że główny trener Lavička robi wszystko. Mam tutaj bardzo dobrych chłopaków, prawdziwych specjalistów. Bramkarze ćwiczą pod okiem Krzyśka Osińskiego, Michał Polczyk zajmuje się przygotowaniem motorycznym, mam wsparcie trenerów asystentów: Zdenka Svobody, Pawła Barylskiego, Łukasza Czajki. Każdy z nich ma przestrzeń, by przekazać swoją wiedzę z jak największym pożytkiem dla drużyny. Codziennie gdy planujemy trening, określamy wspólnie, jaki będzie jego cel. A następnie dzielimy zadania: ten zaczyna rozgrzewkę, tamten prowadzi współpracę w obronie i tak dalej. Ja podczas zajęć wszystko nadzoruję, dodając uwagi taktyczne. Mamy respekt do siebie nawzajem, to podstawa, pracujemy zawsze razem.


Śmiało można powiedzieć, że bronią Śląska są stałe fragmenty gry, w tym sezonie padło już w ten sposób kilka bramek. A do tego szczególną uwagę przykłada z kolei trener Svoboda.

Tak. Przed laty prowadziłem Zdenka jako piłkarza. Był kapitanem i liderem ówczesnej Sparty Praga. Dał się poznać jako niezwykle mądry zawodnik – środkowy pomocnik, a później także obrońca. Zawsze miał wiele przemyśleń na temat gry. Dlatego później chciałem, aby współpracował ze mną w roli asystenta. Teraz to właśnie Zdeno ma wiele pomysłów i wariantów odnośnie stałych fragmentów, które pokazuje zawodnikom. Nie jest jednak tak, że przygotowuje je samodzielnie. To efekt dyskusji, wspólnej pracy. Na przykład jeśli chodzi o defensywę, to często zarządza tym Paweł. Przy analizie rola Łukasza jest największa, ale współpracujemy wszyscy, zaangażowany jest też Krzysiek. Tworzymy team.

W Śląsku drużyna funkcjonuje w obrębie pewnego systemu. Czyli raczej zmieniają się wykonawcy, ale nie system. Wobec absencji Erika Exposito i Fabiana Piaseckiego w meczu z Lechem, w ataku zagrał Mathieu Scalet, który wcześniej w rezerwach występował już jako „dziewiątka”, a nie na przykład Robert Pich - piłkarz znacznie bardziej doświadczony - dla którego byłoby to jednak nowe miejsce na boisku. Czy jest to coś charakterystycznego dla wszystkich drużyn, jakie pan prowadził?

Tak, dlatego zależało nam, aby każda pozycja była obsadzona przynajmniej dwoma zawodnikami. W przypadku kontuzji czy kartek, będzie naturalny następca. Oczywiście dziś często piłka wymaga uniwersalności – Robert Pich w ofensywie może być bardzo elastyczny. Skrzydło, „dziesiątka”, a nawet jako napastnik również dałby sobie radę i to bez wątpienia jego plus. Najważniejsze dla mnie jest jednak, aby zespół dobrze funkcjonował pod względem taktycznym. Zawodnik musi wiedzieć, jak zachować się na określonej pozycji. Jakie zadania ma w defensywie, a jakie przy budowaniu ataku. Ale z drugiej strony nie chcę też, aby piłkarze mieli związane ręce. Zwłaszcza w ataku muszą czuć wolność. Mamy swoje „taktyczne ramy”, ale moje doświadczanie piłkarskie i trenerskie jest takie, że zawodnik musi dostać pewną swobodę i pokazać swoją oryginalność, na czym skorzysta zespół.


Dotychczasowe mecze pokazują, że posiadanie piłki jest dla pana środkiem a nie celem samym w sobie. Jeśli Śląsk robi przechwyt, to często po to, by jak najszybciej przejść do ataku, póki rywal nie jest zorganizowany.

Taka jest współczesna piłka. Wszystkie drużyny są coraz lepiej zorganizowane. Koncentrujemy się więc na tym, że jeśli przeciwnik nie jest dobrze ustawiony, gdy przejęliśmy piłkę, a mamy okazję, by natychmiast zaatakować – zróbmy to. I odwrotnie, jeśli stracimy piłkę, postarajmy się od razu zrobić kontrpressing, aby ją odzyskać. To jednak opiera się na współpracy większej liczby zawodników, a właściwie całej drużyny.

Przychodząc do Śląska, musiał się pan liczyć z tym, że nie jest to klub wydający fortunę na transfery. Margines błędu jest niewielki. Czy charakter nowo pozyskanych piłkarzy ma też dla panna duże znaczenie?

Tak, zdecydowanie. Śląsk jest ambitnym klubem, ale nie jest tak, że będziemy co sezon kupować gwiazdy. Dla mnie istotne jest, że jeśli wyskautujemy zawodnika i zweryfikujemy jego atuty piłkarskie, to ja chcę też z nim porozmawiać i poznać go jako człowieka. Nie może być wyłącznie dobrym piłkarzem, bo jeśli taki chłopak nie ma odpowiednich cech charakteru, to nie będzie dobrze funkcjonował w grupie.

Motywuje mnie praca z drużyną, z ludźmi, którzy mają ambicje. Gdy spotykałem się z władzami Śląska przed podpisaniem kontraktu, pytałem właśnie o to: - Jakie są plany wobec tej drużyny? Wiedziałem, że to klub o bogatej historii, z pragnieniem, by nawiązać do tych sukcesów. I choć ostatnie lata nie były najlepsze, to odpowiedź była jednoznaczna: - Chcemy iść w górę. Zależało mi na pracy przy projekcie, którego celem jest rozwój. To było coś, co przekonało mnie najbardziej.


Jakie są pana sposoby na radzenie sobie z presją, która jest przecież nieodzowna w tym zawodzie?

Jeśli człowiek ma porządek w swoim życiu, to zazwyczaj dobrze układa mu się również w pracy. Balans jest więc dla mnie ważny nie tylko na boisku, ale i w życiu prywatnym. Jeśli wkładam sto procent siebie w pracę trenera, to potrzebuję także czasu wolnego, aby się zrelaksować i nabrać nowej energii. Balans zapewnia mi moja rodzina – żona i dwie córki. A w dużym stopniu również i kultura. Bardzo lubię kino i teatr. Wrocław jest pięknym miastem, przyjemnie jest poznawać je wraz z moimi bliskimi.

Ma pan dobrych znajomych wśród czeskich aktorów?

Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Czechach świat sportu i ten artystyczny są blisko siebie. Gdy byłem zawodnikiem, bardzo lubiłem Rudolfa Hrušinskiego. Jako młody, dwudziestokilkuletni piłkarz, dostałem od niego zdjęcie z dedykacją. Te kontakty są w miarę regularne. Jan Jiraň to czeski aktor i piosenkarz, który uwielbia piłkę nożną, jest wielkim kibicem. Czasami zaprasza mnie na swoje występy.

Wiem, że ma pan też bardzo dobre relacje z trenerem reprezentacji Czech, Jaroslavem Šilhavym.

Z Jaroslavem Šilhavym graliśmy razem w Pilźnie. Znamy się wiele lat, był na przykład gościem na moim weselu, i nadal pozostajemy w kontakcie. Wielu moich kolegów, zawodników z czasów Sparty Praga, zostało później trenerami. Ivan Hašek, Michal Bilek, Jozef Chovanec - to moja generacja. Chętnie się spotykamy we wspólnym gronie, gdy tylko nadarzy się okazja.


Z pana podopiecznych najbardziej znani są w Polsce Tomas Rosicky oraz Peter Čech. Czy już wtedy, gdy pan z nimi pracował, widać było, jak wielkie mogą zrobić kariery?

Tomasa Rosickiego prowadziłem jako asystent trenera, miał 18 lat. Nazywany jest „Małym Mozartem” – już wtedy pokazywał niesamowite umiejętności. Nie był mocny fizycznie, ale wyróżniał się techniką i przede wszystkim mądrością w grze. Wcześniej w piłkę grali też jego ojciec i starszy brat, ale tylko Tomas zrobił tak wielką karierę. Petr Čech przyszedł do Sparty z FK Chmel Blšany. Mieliśmy wtedy czterech bardzo dobrych bramkarzy. On był z nich najmłodszy, a mimo to złapał swoją szansę i już nie oddał miejsca. Bardzo dobrze bronił nie tylko w czeskiej ekstraklasie, ale i w Lidze Mistrzów. Po tym jednym sezonie wyjechał do Francji do Stade Rennais. Bardzo inteligentny chłopak. Był dojrzalszy o jakieś dziesięć lat niż wskazywała na to metryka.

Co według trenera musi mieć zawodnik, aby osiągnąć dziś sukces? Na co młodzi powinni zwrócić uwagę?

Pierwsza rzecz, którą powtarzam – musisz kochać piłkę. Jest różnica między tym, że kocha się piłkę, a tym, że kocha się być piłkarzem. To nie może być jedynie twój obowiązek, ale wielka miłość, pasja, której jesteś gotów się poświęcić. Wielu zawodników w momencie, gdy podpisze kontrakt z ekstraklasowym klubem, myśli sobie: „Ok, jestem już piłkarzem, mam wszystko”. Brakuje wtedy motywacji, by pracować dalej i krok po kroku iść do góry. Oczywiście nie uda się to bez dyscypliny, szacunku, wsparcia od rodziców, trenerów. Ale musisz być głodny. Pierwszy duży kontrakt to tylko początek kariery. Pokaż teraz, że zasługujesz na miejsce w podstawowym składzie. Później zrób wszystko, aby trafić do reprezentacji. Przekazywali mi to rodzice oraz moi trenerzy i okazało się to prawdą.

Autor: Tomasz Szozda, Fot. Dawid Antecki, Krystyna Pączkowska

Zobacz również