Wydarzenia

Wybitni piłkarze: Ryszard Tarasiewicz

2020-04-16 13:15:00
Historia Śląska Wrocław pisana była wielu wspaniałych piłkarzy, którzy w trójkolorowych barwach wznosili się na wyżyny swoich umiejętności, zdobywając dla klubu ważne bramki, zwycięstwa i trofea. W serii "wybitni piłkarze" przypomnimy kilku największych z nich, prawdziwe legendy, które na długo zapisały się w pamięci kibiców WKS-u. W czwartym odcinku Ryszard Tarasiewicz - wychowanek klubu, gwiazda nie tylko Śląska, ale całej polskiej piłki lat 80, a także trener, który jako ostatni wprowadził WKS do Ekstraklasy.
Tarasiewicz to najbardziej znany obok Janusza Sybisa wychowanek Śląska Wrocław. Przez dziewięć lat gry dla swojego macierzystego klubu zaliczył w nim 236 występów i strzelił 65 goli, co czyni z niego trzeciego najskuteczniejszego snajpera w historii WKS-u. Wyczyn jest godny podkreślenia tym bardziej, że Tarasiewicz nigdy nie był napastnikiem. Jako środkowy pomocnik potrafił nie tylko kierować grą drużyny, ale i wspaniale wykańczać akcje. Słynął ze znakomitych uderzeń z rzutów wolnych. W dziejach zespołu z ulicy Oporowskiej zapisał się również jako rekordzista pod względem występów w reprezentacji Polski. Będąc graczem Trójkolorowych, zakładał koszulkę z orłem 42 razy, najwięcej ze wszystkich zawodników Wojskowych z Wrocławia. Zdobył też 7 bramek, co również jest największym dorobkiem wśród piłkarzy zielono-biało-czerwonych. W sumie w narodowych barwach zagrał 58 spotkań ( strzelając 9 goli), biorąc również udział  w Mistrzostwach Świata 1986 roku w Meksyku. W dorobku ma też Puchar Polski, zdobyty w 1987 roku. Brakuje mu jednak najważniejszego trofeum – mistrzostwa kraju. Po skończeniu kariery był trenerem Śląska, wprowadzając go do ekstraklasy w 2008 roku.
 

Wychowanek, lider, reprezentant

 
Młody Ryszard na Oporowskiej pojawił się już w wieku dziesięciu lat. Po ośmiu latach debiutował w drużynie seniorów, wcześniej zdobywając mistrzostwo Polski juniorów 1979 roku. W tym zespole byli również tacy piłkarze jak Mirosław Pękala, Waldemar Prusik, czy Waldemar Tęsiorowski. Talentów nie brakowało. „U schyłku lat siedemdziesiątych Śląsk świetnie pracował z młodzieżą” – zaznacza Tadeusz Pawłowski, wówczas piłkarz, a obecnie dyrektor akademii wrocławskiego klubu. Praca opłaciła się, bo wyżej wymienieni gracze już niewiele później stanowili o sile klubu w ekstraklasowych zmaganiach.

Tarasiewicz miał szczęście, bowiem swoją grę w Śląsku zaczynał jeszcze w czasach Sybisa, Pawłowskiego i Garłowskiego, dołączając do drużyny prowadzonej przez Oresta Lenczyka w 1980 roku. Co ciekawe, trzydzieści lat później to właśnie trener, który jako pierwszy dał mu szansę w seniorskim zespole, zastąpi „Tarasia” na stanowisku szkoleniowca WKS-u. Debiut 18-letniego wówczas wrocławianina przypadł na 12 kwietnia i mecz z Ruchem Chorzów. Pierwszą bramkę lewonożny pomocnik zdobył w sezonie 1980/81. Bramkarza Arki Gdynia pokonał już w 1. min spotkania. Tak zaczynała się kolejna wspaniała karta w historii wrocławskiego klubu. W kolejnym roku Trójkolorowi zdobyli wicemistrzostwo Polski, tytuł tracąc w ostatniej kolejce z Wisłą Kraków. Niedawny debiutant rozegrał w tych rozgrywkach 21 meczów, stając się coraz ważniejszą postacią w kadrze Wojskowych.
 
Niezwykle ważny w karierze pomocnika sezon to ten z przełomu 1982 i 1983 roku. Grał coraz częściej i lepiej, a apogeum nastąpiło we wrześniowym starciu z Dynamo Moskwa w Pucharze UEFA. Znienawidzony rywal zremisował we Wrocławiu 2:2 i miał świetną sytuację przed rewanżem w stolicy Rosji. Gospodarze chcieli pognębić Polaków, strzelając im kolejne gole na własnym boisku, ale obrona WKS tego dnia była nie do pokonania. Czyste konto Zdzisława Kostrzewy, bramkarza Trójkolorowych, nie wystarczało jednak do awansu. Śląsk potrzebował bramki i przepięknym strzałem zdobył ją właśnie Tarasiewicz. Wspaniałe uderzenie z dystansu otworzyło wrocławianom drogę do kolejnej rundy. Tam mocniejsze okazało się jednak szwajcarski Servette Genewa. Gol z Moskwy był cudownym, ale jedynym trafieniem „Tarasia" w europejskich pucharach w jego karierze.

 
Mijały kolejne sezony, a Tarasiewicz stawał się pełnoprawnym liderem drużyny. Z klubu odeszli już Pawłowski, Sybis, Garłowski, a sezon 1983/84 był ostatnim również dla Romana Fabera, od którego „Taraś” uczył się trudnej sztuki wykonywania rzutów wolnych. Nauki nie poszły na marne. W sierpniu 1984 roku wychowanek WKS-u debiutował w reprezentacji. W swoim pierwszy meczu w narodowych barwach, przeciwko Norwegii, od razu popisał się bramką. I to zdobytą… po uderzeniu z rzutu wolnego! Właśnie wtedy pojawiły się porównania do Włodzimierza Lubańskiego, który w swoim premierowym występie z orzełkiem na piersi również grał przeciwko Norwegom i także strzelił gola.
 
Choć w latach 80. zielono-biało-czerwonych barw broniło wielu świetnych zawodników, często powoływanych do kadry, jak Waldemar Prusik (swego czasu zakładał kapitańską opaskę również w reprezentacji Polski), Andrzej Rudy, Paweł Król, Dariusz Marciniak i oczywiście Tarasiewicz, sukcesów było jak na lekarstwo. Pojedyncze chwile triumfu, jak wyeliminowanie Dynama czy wicemistrzostwo z 1982 roku, to było za mało jak na rozbudzone po świetnych latach 70. apetyty wrocławskich kibiców. Lider środka pola, bohater z Moskwy, chciał osiągać więcej i nie bał się otwarcie mówić o problemach drużyny: 
„Mówicie, że z taką linią pomocy możemy podbić Europę, ale co z tego, skoro tracimy tyle punktów? Ile meczów możemy wygrać we trójkę? Dwa, trzy? A jeśli któremuś z nas trafi się słabszy dzień? Nasi obrońcy ograniczają się wyłącznie do zadań destrukcyjnych, i dobrze. Ale co robią napastnicy? Jeśli nie mogą strzelić, to niech chociaż wrócą pomóc kolegom. Wszyscy narzekają w Łodzi na Włodzimierza Smolarka, a ja bym chciał tego „złego” Smolarka we Wrocławiu. Niech przeprowadzi dwie udane akcje, przesądzi o zwycięstwie. To wystarczy. Niektórzy denerwują się, że wymagamy od nich więcej niż z siebie dają. Wystarczy im, że mają miejsce w składzie. Denerwuje mnie taki minimalizm” .
 
Takimi słowami Tarasiewicz pokazywał swoje miejsce w drużynie. Jego pewność siebie wynikała jednak przede wszystkim ze znakomitej gry, jaką prezentował na murawie. 10 goli w sezonie 1985/86, 14 w rozgrywkach 1986/87, do tego wiele asyst i pewne miejsce w reprezentacji. Kadra pod wodzą Antoniego Piechniczka w 1986 roku wyleciała na Mistrzostwa Świata do Meksyku. Selekcjoner znalazł w niej miejsce tylko dla jednego gracza z Wrocławia. „Taraś” nie był jednak ulubieńcem trenera i pierwsze trzy mecze oglądał tylko zza linii bocznej. I zdecydowanie nie był z tego faktu zadowolony.

„W Meksyku nie wytrzymałem, chciałem już lecieć do domu… Powiedziałem trenerowi Piechniczkowi, że nie przyjechałem na mundial na wycieczkę, tylko aby grać i dostałem taką możliwość w spotkaniu z Brazylią w 1/8 finału”.

 
Pomocnik Śląska wspomniane spotkanie rozpoczął znakomicie, będąc o włos od zdobycia bramki. Po jego uderzeniu zza pola karnego piłka trafiła w słupek. Lider WKS-u nie ustrzegł się jednak błędu w defensywie. To po jego faulu arbiter podyktował dla przeciwników rzut karny, zamieniony na pierwsze trafienie. Potem Canarinhos dołożyli jeszcze trzy i triumfowali ostatecznie 4:0, wyrzucając biało-czerwonych z turnieju.
 
Mundial w Meksyku nie był dla „Tarasia” udany, za to następujący po nim sezon 1986/87 był jednym z najlepszych w karierze. A na pewno najbardziej owocnym w trofea zdobyte ze Śląskiem. Wrocławianie nieźle prezentowali się w lidze, kończąc zmagania tuż za podium, na którego najniższym stopniu znalazł się GKS Katowice. Brak medalu Wojskowi odbili sobie w Pucharze Polski, docierając aż do finału, w którym zmierzyli się z… GKS-em Katowice. We wcześniejszych fazach turnieju Tarasiewicz strzelił cztery gole, jednak w decydującym meczu to nie on był bohaterem. Trójkolorowi przeważali, ale po 90 minutach walki na tablicy wyników wciąż widniał bezbramkowy remis. W dogrywce lider drużyny Henryka Apostela sfrustrowany błędnymi - według niego - decyzjami sędziego, wykrzyczał do arbitra kilka cierpkich słów, komentujących jego pracę. Rezultat takiego zachowania mógł być tylko jeden: czerwona kartka. Bez tak ważnego zawodnika WKS nie zdołał już zdobyć bramki i o zwycięstwie musiały zadecydować rzuty karne. Na szczęście lepiej wykonywali je wrocławianie, wygrywając 4:3 i ciesząc się z drugiego w historii Pucharu Polski. W sierpniu zmierzyli się z Górnikiem Zabrze, mistrzem kraju, w starciu o Superpuchar. Po dwóch golach Marciniaka Śląsk mógł wstawić do klubowej gabloty kolejne trofeum. Ostatnie zdobyte z Tarasiewiczem - piłkarzem.
 
Sezon 1987/88 był znacznie słabszy, bo wrocławianie mimo świetnej rundy jesiennej zajęli szóste miejsce w ligowej tabeli, będąc wiosną najsłabszą drużyną ekstraklasy. Z klubu odszedł trener Apostel oraz ważni gracze – Rudy i Marciniak. „Taraś” został. Był niekwestionowanym liderem i najważniejszą postacią w zespole. Koledzy nie prezentowali jednak tak wysokiego poziomu. Najwyższą formę w całej swojej karierze Tarasiewicz osiągnął w 1989 roku. Wiosną czarował w lidze, zdobywając aż 9 bramek. Trzy z nich wbił Jastrzębiu Zdrój, zaliczając hat tricka. Był też najlepszym strzelcem reprezentacji Polski, strzelając w 1989 trzy gole. Latem, po dziesięciu sezonach, odszedł z Wrocławia, zostając zawodnikiem szwajcarskiego Neuchâtel Xamax FC. Po świetnym sezonie jego klub zdobył wicemistrzostwo, a Polak był jednym z najlepszych graczy, zaliczając aż 11 trafień. To wszystko złożyło się na wielkie wyróżnienie, jakie otrzymał były już wtedy piłkarz WKS-u. Został wybrany najlepszym polskim piłkarzem 1989 roku według tygodnika „Piłka Nożna”.



W Szwajcarii Tarasiewicz pograł tylko rok, ale dał się zapamiętać jako niezwykle skuteczny i efektowny zawodnik środka pola, zdobywając przydomek „Maradony Wschodu”. Został wybrany obcokrajowcem roku i odszedł do francuskiej Ligue 1, zostając graczem AS Nancy. Przez dwa lata gry w tym klubie strzelił 15 goli. Znów cieszył się z nagrody dla najlepszego zagranicznego gracza w lidze. Miał 30 lat i przed sobą kilka sezonów gry na najwyższym poziomie. Po pomocnika zgłosił się RC Lens – klub, który wychował Michaela Platiniego, a jego aspiracje sięgały wyżej niż AS Nancy. Dla „Tarasia” to miał być kolejny krok do przodu.

Niestety, ciężka kontuzja, jakiej doznał na pierwszym treningu w nowym zespole, zahamowała, a na dobrą sprawę zakończyła jego karierę. Po niemal dwóch latach przerwy wrócił jeszcze na boisko, ale już tylko na drugi poziom rozgrywek. Najpierw we Francji, potem w Szwajcarii. Zawodowy futbol przestał uprawiać w 1996 roku.
 

Na trenerskim szlaku

 
Podobnie jak Tadeusz Pawłowski, Tarasiewicz po skończonej karierze zawodniczej pozostał za granicą. Szkolił grupy młodzieżowe w Szwajcarii i we Francji, co pozwoliło mu wrócić na właściwe tory. Przedwczesne rozstanie z boiskiem, spowodowany kontuzją, bardzo dotknęło byłego reprezentanta Polski. O trudnych chwilach opowiada jego żona, Joanna:
 
„Wtedy go strasznie nosiło, siedział w domu wściekły jak osa. Zastanawiał się, dlaczego akurat jego to spotkało, dlaczego musi tak szybko skończyć coś, co tak bardzo kocha. Nie wiem, może piłkarze powinni mieć jakieś zajęcia, które mogłyby ich przygotowywać do zakończenia kariery? Wtedy ciężko było z Ryśkiem wytrzymać. Ale jak już zrobił uprawnienia trenerskie i zaczął pracować z młodzieżą, to wszystko wróciło do normy”.

„Taraś” we Francji czuł się jak u siebie. Wreszcie miał więcej czasu dla rodziny, jednocześnie mogąc pracować z młodymi piłkarzami. Jednak w 2004 roku zgłosił się do niego III-ligowy wówczas Śląsk .
 
 „Wszystko działo się bardzo szybko. Rysiek we wtorek otrzymał informację, że w czwartek musi być na treningu – wspomina jego żona, Joanna. - Siedzieliśmy i całą noc dyskutowaliśmy o tej ofercie. Ale wiedziałam, że to jest jego marzenie. Powiedziałam, żeby jechał, spróbował, a ja zostanę i zobaczymy, co się stanie. We Wrocławiu był sam przez 10 miesięcy. On jest bardzo rodzinny, uczuciowy i chyba cierpiał bardziej niż my we Francji. Jak dostawałam kolejne telefony i Rysiek opowiadał: "Wygrałem, wygrałem, wygrałem", to wiedziałam, że możemy wracać”.

 
Rzeczywiście, Tarasiewicz mógł opowiadać o zwycięstwach swojej drużyny niemal co tydzień, ponieważ pod jego wodzą Trójkolorowi zdecydowanie wygrali rozgrywki III ligi, awansując na zaplecze ekstraklasy. Tam drużyna zajęła 4. miejsce, nie uzyskując promocji na najwyższy szczebel rozgrywek. Trenera zwolniono i trafił on do Jagiellonii Białystok. Na Podlasiu sukcesów jednak nie było, w dużej mierze z powodu osłabienia kadry, którą miał kierować były gracz WKS-u. Z klubu odeszło wielu czołowych piłkarzy, a wymagania wobec „Tarasia” ciągle były bardzo wysokie. Zimą 2006 roku ponownie otrzymał propozycję ponownego objęcia Śląska. Nie zgodził się od razu. Dokończył rozgrywki z Jagiellonią i latem 2007 roku znów przejął stery ukochanego zespołu. Apetyty na piłkarskie sukcesy były ogromne. Mieszkańcy stolicy Dolnego Śląska kilka miesięcy wcześniej cieszyli się z przyznania Polsce i Ukrainie turnieju Mistrzostw Europy 2012. Jednym z czterech miast w naszym kraju, w których mieli rywalizować najlepsi piłkarze Starego Kontynentu, był właśnie Wrocław.
Włodarze klubu zapowiadali, że w ciągu dwóch lat Śląsk powróci do ekstraklasy. Tarasiewicz był jednak bardzo ambitny i chciał tego dokonać od razu, już w pierwszym sezonie po powrocie na ławkę trenerską WKS-u. I odważny plan szkoleniowca się powiódł! „Taraś” wprowadził Trójkolorowych do najwyższej klasy rozgrywkowej, w której pozostają do dzisiaj.
 
Przed rywalizacją w ekstraklasie trzeba było wzmocnić drużynę, co udało się Śląskowi  dzięki  kontraktom z Mariuszem Pawelecem (od tamtej pory gra we Wrocławiu do dzisiaj), Piotrem Celebanem (będącym piłkarzem WKS-u również obecnie) oraz Sebastianem Milą. Transfer ostatniego z tej trójki był zdecydowanie najgłośniejszy. Pomocnik miał już za sobą występy i bramki w reprezentacji, z Groclinem Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski zdobył Puchar Polski, a z Austrią Wiedeń mistrzostwo i Puchar Austrii. Po latach stał się jednym z najlepszych piłkarzy w historii Śląska, zdobywał również historyczne bramki w biało-czerwonych barwach (w 2014 roku strzelił gola Niemcom na warszawskim Stadionie Narodowym, pieczętując pierwsze w dziejach zwycięstwo Polaków z tym rywalem). Być może tych sukcesów zawodnika z Koszalina nie byłoby, gdyby nie „Taraś”. „Jemu zawdzięczam najwięcej, bo odnalazł we mnie to, co się nie udało innym trenerom”  – powie Mila po latach o Tarasiewiczu.
 
Sezon 2008/09 był dla beniaminka z Wrocławia bardzo udany. WKS był szósty w lidze i zdobył do tego Puchar Ekstraklasy. Kolejny był nieco słabszy, bo zakończony na 9. miejscu w tabeli. Przed rozgrywkami 2010/11 znów dokonano jednak kilku wzmocnień i wydawało się, że drużyna Tarasiewicza spróbuje zaatakować ligowe podium. I może tak by się rzeczywiście stało, jednak po sześciu kolejkach, w których Śląsk zdobył zaledwie cztery punkty, szkoleniowiec został zwolniony. Zastąpił go Orest Lenczyk. Ten sam, który w 1980 roku zaufał młodemu wychowankowi Wojskowych i dał mu okazję zadebiutować w pierwszej drużynie. Pod wodzą nowego trenera zielono-biało-czerwoni zdobyli wicemistrzostwo, a potem mistrzostwo Polski. A „Taraś” do pracy w WKS-ie już nigdy nie wrócił.

 
Po rozstaniu ze Śląskiem kariera trenerska 58-krotnego reprezentanta kraju nieco wyhamowała. Nie na długo jednak. Pracował w ŁKS-ie, Pogoni Szczecin i Zawiszy Bydgoszcz, z którym zdobył pierwszy w historii klubu Puchar Polski. Później był również trenerem Korony Kielce i Miedzi Legnica, z którą dwukrotnie był bliski awansu do ekstraklasy. Po drugiej nieudanej próbie został zwolniony i 10 października 2017 roku przejął GKS Tychy, w którym pracował do marca 2020 roku. Zawsze był człowiekiem bardzo ambitnym i takie jest też jego trenerskie marzenie, o którym mówił w wywiadzie z portalem łączynaspiłka.pl, ze stycznia 2015 roku:
 
„Kiedyś powiedziałem zaś, że chciałbym być trenerem reprezentacji Polski. Ktoś to przekręcił i napisał, że będę selekcjonerem. Głupio wyszło… Od razu uprzedzam, że nie zamierzam bawić się w autoryzację tego wywiadu. Podchodzę poważnie do rozmowy i tego samego oczekuję od dziennikarza. Proszę więc napisać tak, jak powiem. Tak, chciałbym być kiedyś selekcjonerem reprezentacji Polski”.


Przeczytaj też pozostałe artykuły z serii "Wybitni piłkarze":
Janusz Sybis
Zygmunt Garłowski
Tadeusz Pawłowski
 
Źródła:
F. Podolski, "Śląsk Wrocław. 30 sezonów w ekstraklasie", Wrocław 2009
Ł. Idowiak, S. Bąba, "Dzieje piłki nożnej we Wrocławiu w latach 1945 - 1980", Warszawa 2016
M. Wyrwa, "W cieniu Śląska", Kraków 2013
J. Tomczyk, D. Bednarek, "Śląsk w europejskich pucharach" Kraków 2001
Archiwum Krzysztofa Mielczarka
 
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Archiwum, Krystyna Pączkowska

Zobacz również