Wydarzenia

Wybitni piłkarze: Sebastian Mila

2020-04-22 14:50:00
Historia Śląska Wrocław pisana była wielu wspaniałych piłkarzy, którzy w trójkolorowych barwach wznosili się na wyżyny swoich umiejętności, zdobywając dla klubu ważne bramki, zwycięstwa i trofea. W serii "wybitni piłkarze" przypomnimy kilku największych z nich, prawdziwe legendy, które na długo zapisały się w pamięci kibiców WKS-u. W ostatnim odcinku Sebastian Mila - wielka gwiazda ostatnich sukcesów Śląska Wrocław, kapitan mistrzów Polski z 2012 roku, który zapisał również piękną kartę w reprezentacji narodowej.
„To jest orgia. Przeżywasz jakieś apogeum. Czujesz, jakbyś miał zaliczyć dobry odlot. Nie potrafię opisać tego uczucia. Maksymalne spełnienie marzenia chłopczyka grającego na boisku w Koszalinie, przy którym – gdy wracam do domu – często spaceruję. Ostatnio patrząc na nie, pomyślałem: »kurde, naprawdę mi się udało«”.
 
Takimi słowami Sebastian Mila opisuje swoje odczucia po założeniu opaski kapitana reprezentacji Polski. Kariera urodzonego w Koszalinie piłkarza nie układała się harmonijnie, sporo było w niej rozczarowań i dołków, ale miano kapitana najważniejszej drużyny w kraju jest zaszczytem, który spotyka niewielu. „Milowy”, bo taką ksywkę nadał mu trener Ryszard Tarasiewicz (inna to „Roger”, od kameruńskiego zawodnika, Rogera Milli), miał taką okazję dwukrotnie, a pierwszą od drugiej dzieliło długie jedenaście lat. W tym czasie reprezentował barwy kilku klubów, ale tylko w jednym stał się jednym z najbardziej utytułowanych graczy w historii. Tym klubem jest Śląsk Wrocław.
 
Mila do WKS-u trafił w 2008 roku, w wieku 26 lat. Już wtedy był zawodnikiem z bogatą przeszłością. Karierę piłkarską zaczynał w swoim rodzinnym mieście, w Bałtyku Koszalin, ale jako 18-latek trafił do Lechii Gdańsk. „To był najtrudniejszy okres w mojej karierze. Do dziś najwięcej zawdzięczam właśnie Lechii” – wspomina. Już wtedy jego nieprzeciętny talent został zauważony. Sebastian był ważną postacią w zespole reprezentacji Polski do lat 16, która sięgnęła po wicemistrzostwo Europy. Dwa lata później, w kadrze U-18, świętował tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu. Biało-czerwoni nie mieli sobie równych, ogrywając nawet Hiszpanów 4:1.

 
Po spadku Lechii do III ligi, Mila – który zdążył zagrać w seniorskiej drużynie tylko kilka spotkań – przeniósł się do Wisły Płock. Zadebiutował w ekstraklasie, jednak po zaledwie jednej rundzie odszedł do Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Tam na dobre zaczęła się jego poważna kariera. Regularnie występował w pierwszym składzie, mając u boku reprezentantów Polski, takich jak Grzegorz Rasiak, Radosław Sobolewski, Andrzej Niedzielan, Mariusz Liberda i Tomasz Wieszczycki, który został mentorem dwudziestoletniego wówczas zawodnika, dbając, by młodzian był w stanie zaprezentować cały swój potencjał. Udawało się to doskonale, bowiem „Roger” (właśnie wtedy ta ksywka przylgnęła do koszalinianina) stał się wyróżniającym graczem całej ligi. 17 sierpnia 2002 roku zdobył swoją pierwszą bramkę na boiskach ekstraklasy, w meczu z Górnikiem Zabrze.
 
W tym samym sezonie Dyskobolia zdobyła wicemistrzostwo Polski, a Mila dostał okazję debiutu w reprezentacji. O umiejętnościach młodego pomocnika wiedział już cały kraj, a wkrótce miała o nim usłyszeć piłkarska Europa. Klub z Grodziska Wielkopolskiego w rozgrywkach o Puchar UEFA trafił bowiem na Manchester City. Anglicy byli zdecydowanym faworytem, w pierwszym spotkaniu szybko objęli prowadzenie, ale zamiast kolejnych bramek dla gospodarzy, kibice na City of Manchester Stadium obejrzeli przepięknego gola lewonożnego Polaka. „Roger” popisał się fantastycznym strzałem z rzutu wolnego, doprowadzając do remisu. W rewanżu goli nie było, a to oznaczało awans Groclinu do kolejnej fazy kosztem „The Citizens”. W kolejnej rundzie lepsze okazało się francuskie Girondins Bordeaux, ale o drużynie z małego miasteczka zrobiło się głośno jak nigdy wcześniej. A przede wszystkim o jej zdolnym środkowym pomocniku.
 
Jako gracz Dyskobolii Mila zdobył w sumie dwa tytuły wicemistrza kraju i Puchar Polski. Zimą 2004 roku przeniósł się za granicę, zostając graczem Austrii Wiedeń.
 
„Do dziś uważam też, że jadąc wtedy za granicę mimo wszystko dokonałem słusznego wyboru. (...) Mieliśmy mocny skład, awansowaliśmy do ćwierćfinału Pucharu UEFA, potem zrobiliśmy mistrzostwo i Puchar Austrii, a w finale zdobyłem jeszcze bramkę. Dopiero potem okazało się, że nie byłem na to wszystko gotowy”.

 
Graczem klubu z Wiednia był Mila przez 2,5 roku. Był to dla niego okres sporych sukcesów drużynowych, bo mógł cieszyć się ze zdobycia mistrzostwa Austrii, dwóch krajowych pucharów oraz ćwierćfinału Pucharu UEFA. Indywidualnie do pełni szczęścia sporo jednak brakowało. Polak zagrał tylko w 36 spotkaniach, zdobywając 3 bramki. „Oblałem ten egzamin. Zdecydowanie. I pretensje mogę mieć tylko do siebie, bo sam sobie zafundowałem taką drogę” – nie kryje rozczarowania reprezentant Polski. „Roger” nie zdecydował się jeszcze na powrót do ojczyzny. W 2007 roku został graczem Valerengi Oslo. Nadzieje były duże, ale i tutaj były gracz Groclinu furory nie zrobił. 14 meczów, żadnego gola i coraz większa tęsknota za krajem. Stolica Norwegii była dla niego domem przez rok. Wiosnę 2008 spędził już w ŁKS-ie. Łódź okazała się krótkim, ale ważnym przystankiem w karierze „Milowego”. Po udanej rundzie na boiskach ekstraklasy zawodnika w swojej drużynie zapragnął Ryszard Tarasiewicz, ówczesny trener Śląska.
 

„Mnie nie oszukacie!”

 
Z transferem 26-letniego pomocnika wiązano we Wrocławiu spore nadzieje. Do beniaminka ekstraklasy przychodził bowiem 28-krotny reprezentant kraju, którego w Polsce ciągle pamiętano z doskonałych występów w barwach Dyskobolii i cudownego gola strzelonego Manchesterowi City. Na piłkarza mocno liczył trener Tarasiewicz, który był głównym orędownikiem ściągnięcia „Milowego” do Śląska. Widział w nim samego siebie z czasów, gdy bronił zielono-biało-czerwonych barw na boisku. Lidera drugiej linii, „mózg” zespołu, wykonawcę stałych fragmentów gry. Z czasem – również kapitana drużyny.
Pierwszy sezon gry Mili dla WKS-u utwierdził wszystkich w przekonaniu, że „Taraś” miał rację. Pięć goli, mnóstwo podań otwierających kolegom drogę do bramki i nadzieja, że nowa gwiazda wrocławian dopiero się rozpędza. Drużyna pod wodzą „Milowego” zajęła szóste miejsce w lidze i zdobyła Puchar Ekstraklasy, choć 27-letni gracz z powodu kontuzji nie mógł wystąpić w finale. Kolejne rozgrywki były dla Śląska znacznie słabsze. Rozgrywający zdobył co prawda więcej, bo sześć bramek, ale aż cztery z nich wbił w dwóch meczach Odrze Wodzisław Śląski. W pozostałych spotkaniach do siatki trafiał rzadko, ale nie to było przecież jego najważniejszym zadaniem. Poziom, który prezentował, sprawiał, że nikomu nie przyszło do głowy, by sadzać Milę na ławce rezerwowych. Mało tego – przed nowym sezonem Tarasiewicz uczynił z niego kapitana zespołu.

 
Opaski nie odebrał mu również Orest Lenczyk, który zastąpił „Tarasia” na stanowisku szkoleniowca. Zawodnik z „11” na koszulce był kluczowym elementem układanki doświadczonego trenera. Świetna runda wiosenna w wykonaniu Trójkolorowych, w tym Mili, zapewniła wrocławianom tytuł wicemistrzów. W ostatnim meczu sezonu, w którym decydowały się losy medalu dla WKS-u, kapitan zespołu nie mógł wystąpić z powodu zawieszenia za nadmiar żółtych kartek. Po spotkaniu z Arką Gdynia, wygranym 5:1, z resztą drużyny świętował jednak kolejny sukces w swojej karierze. Ten największy miał jednak dopiero nadejść…
 
Rozgrywki 2011/12 Śląsk rozpoczął od rywalizacji w Lidze Europy. To wtedy, przeciwko Rapidowi Bukareszt, Mila strzelił dla WKS-u pierwszego gola bezpośrednio z rzutu wolnego. Rozdawał również mnóstwo asyst (w sumie aż 13). Jesienią Trójkolorowi byli zdecydowanie najlepszą drużyną ekstraklasy. Mając w pamięci, jak świetnie zespół trenera Lenczyka prezentował się wiosną minionego sezonu, wydawało się, że wrocławianie pewnie będą kroczyć po mistrzostwo Polski. Niespodziewanie zaczęły się jednak kłopoty. Wojskowi oddali pozycję lidera, przegrywali sporo spotkań i złote medale mocno się oddalały. Najboleśniejsza była przegrana 0:4 z Legią. I to na własnym stadionie.
 
„Chyba wtedy to nas najbardziej wzmocniło – wspomina Mila. - Wiedzieliśmy, że zostaliśmy przez wszystkich skreśleni, że będzie nam trudno odnieść ten sukces (...) To nas zmobilizowało, podniosło na duchu. Choć było ciężko, chociaż traciliśmy bramki w 94. minucie, jak w spotkaniu z Widzewem czy z Podbeskidziem. (...) Były ciężkie powroty po tych meczach, przyjeżdżaliśmy w nocy, po takich bramkach, a jednak odnajdowaliśmy w sobie zaciętość i to nam pomogło zdobyć mistrzostwo”.

 
Końcówka sezonu w wykonaniu podopiecznych trenera Lenczyka znów była bardzo dobra. I to nawet mimo tego, że kontuzja wyeliminowała Milę z walki w 27. i 28. ligowej kolejce. Wystąpił w meczu z Jagiellonią, zanotował asystę przy wszystkich trzech golach dla swojego zespołu, a wrocławianie zwyciężyli i wrócili na 1. miejsce w tabeli. Do rozegrania zostało jedno spotkanie – w Krakowie z Wisłą.
 
Mecz na stadionie przy ulicy Reymonta, gdzie swoje spotkania rozgrywa Biała Gwiazda, był jednym z najważniejszych w historii Śląska Wrocław. I to właśnie Mila w roli kapitana miał wyprowadzić drużynę na to decydujące starcie. We wstępie do książki „W cieniu Śląska” „Milowy” opisuje moment wyjazdu na mecz, chwile w szatni przed wyjściem na murawę, nerwy w przerwie (po zakończonej pierwszej połowie) i decydujące o mistrzostwie akcje. Przyznaje, że choć tytuł najlepszej drużyny w kraju zdobywał już w barwach Austrii Wiedeń, to sukces odniesiony z WKS-em smakuje szczególnie. „Szczerze? Oddałbym pięć pucharów z Austrii za jedno mistrzostwo w Śląsku!” – pisze.
 
Przed tak wyjątkowymi meczami, w których ważą się losy mistrzostwa, na kapitanie ciąży dodatkowa odpowiedzialność za drużynę. Nie tylko na boisku, ale i w szatni. Zanim zespół wybiegł na murawę, Mila wygłosił emocjonalną, zagrzewającą kolegów do walki przemowę, która na długo zostanie w jego pamięci:

„Dzisiaj zapracowaliśmy na to, każdy jak tu stoi. Dzisiaj, jak Bóg pozwoli zostawimy tu zdrowie, ile trzeba będzie. Chcę to zobaczyć dzisiaj. Wy mnie nie oszukacie, ja was znam. Widzę walkę, widzę zaangażowanie, widzę serce, które mamy, tyle ile trzeba!”.

 
„Roger” nie ograniczył się jednak do słów. Za nimi poszły czyny i to właśnie po jego podaniu Rok Elsner strzelił zwycięskiego gola, który zapewnił Śląskowi tytuł. Wrocław po raz drugi w historii mógł świętować tak ogromny sukces. Mistrzostwo nie zostało obronione w następnym sezonie, choć brązowe medale, które zawisły na szyjach graczy Śląska, świadczyły o tym, że WKS ciągle należy do ścisłej czołówki polskiej ligi. A jednym z jego najlepszych graczy nadal jest Sebastian Mila. Strzelił 7 goli, a do trzeciego miejsca w ekstraklasie wrocławianie dołożyli Superpuchar Polski. „Roger” był gwiazdą zespołu. Kolejny sezon i dla niego, i dla całego klubu, był jednak znacznie słabszy. Tylko 9. miejsce na koniec rozgrywek, bolesne porażki w europejskich pucharach  i ledwie dwie bramki kapitana. To był trudny czas dla „Milowego”, który zmagał się z kontuzją pięty i nadwagą. Sam przyznaje, że w pewnym momencie miał do zrzucenia aż 10 kilogramów. „Chciałem wszystko nadrobić w styczniu, ale kontuzja się przedłużała, przyszły kilogramy i zaniedbanie osiągnęło apogeum. Tyle. Do kogo mogę mieć pretensje? Do siebie” .
 
Być może kariera Sebastiana właśnie dobiegałaby końca, gdyby w klubie ponownie nie zatrudniono Tadeusza Pawłowskiego. Nowy trener zaczął od drastycznych decyzji. Odebrał Mili opaskę kapitana. „Ogromny cios” – tak w skrócie wspomina ten moment reprezentant Polski. Wysokie wymagania, jakie „Teddy” postawił przed pomocnikiem, i bolesne środki, jakie były potrzebne, by im sprostać, przyniosły skutek. Jesienią 2014 roku „Roger” znów błyszczał na boiskach ekstraklasy. Grał świetnie, strzelił pięć goli i ponownie znalazł się w kadrze narodowej. Sam czuł jednak, że przychodzi moment pożegnania ze Śląskiem. Na koniec kariery  bardzo chciał wrócić tam, gdzie zaczynał – do Lechii Gdańsk. Ostatni mecz w zielono-biało-czerwonych barwach rozegrał 12 grudnia 2014 roku. WKS pokonał GKS Bełchatów 2:1. W sumie uzbierał dla Wojskowych 216 występów i 39 bramek. W styczniu 2015, na specjalnej konferencji, Mila ze łzami w oczach żegnał się ze Śląskiem:
 
„To był niesamowity okres. Dziękuję prezesowi, pracownikom klubu, bo dzięki wam mogłem się pożegnać. Bardzo się cieszę, że odszedłem do Lechii. Od zawsze było moim marzeniem, by zakończyć tam karierę. Teraz nadszedł na to czas i szczerze mówiąc nie wiem, czemu płaczę. Część Wrocławia zabieram ze sobą, w postaci mojej córki”.

 
Po przenosinach do Lechii mistrz Polski z 2012 roku nie odniósł już tak wielkich sukcesów jak w klubie z Oporowskiej. W latach 2015-2016 grał jednak regularnie, a w 2017 zajął z gdańszczanami czwarte miejsce, minimalnie przegrywając miejsce na podium. Rozgrywki 2017/18 dla 35-letniego zawodnika polegały już głównie na oglądaniu kolegów z perspektywy trybun lub ławki rezerwowych. W całym sezonie na boisku pojawił się tylko raz i to zaledwie na dwie minuty.
 

Bohater „Narodowego”

 
Sebastian Mila to przede wszystkim jeden z najlepszych graczy, którzy kiedykolwiek występowali w Śląsku Wrocław, ale piłkarz urodzony w Koszalinie zapisał również piękną kartę w reprezentacji Polski. W biało-czerwonych barwach rozegrał 39 spotkań, strzelając 9 goli. Wszystko zaczęło się 14 lutego 2003 roku, gdy selekcjonerem kadry był Paweł Janas. Ówczesny zawodnik Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski miał okazję zadebiutować w drużynie narodowej u boku swoich partnerów z klubu – Andrzeja Niedzielana, Grzegorza Rasiaka i Mariusz Liberdy.
 
Pomocnik często znajdował uznanie w oczach trenera Janasa i to w kadrze prowadzonej przez niego zaliczył najwięcej spotkań. W swoim trzecim reprezentacyjnym meczu zdobył pierwszą bramkę, pokonując bramkarza Malty. Świetne występy w polskiej ekstraklasie i europejskich pucharach zaowocowały transferem do Austrii Wiedeń. Tam „Milowy” grał jednak rzadziej, przez co dostawał mniej okazji do zaprezentowania swoich umiejętności w drużynie biało-czerwonych. Selekcjoner zaufał mu jednak i zabrał na Mistrzostwa Świata 2006 roku w Niemczech. Polacy zawiedli oczekiwania i nie wyszli z grupy. A Mila na boisku się nie pojawił.
 
„Wielkie nadzieje zostały zaprzepaszczone. Ja nie zagrałem na mundialu, jednak brałem udział w przygotowaniach, poznałem atmosferę tej imprezy. Każdy piłkarz dąży w swojej karierze do wyjazdu na mistrzostwa świata”.
 
Po nieudanym turnieju w Niemczech trenerem naszej kadry narodowej został Leo Beenhakker. On jednak nie był skory do powoływania pomocnika rodem z Koszalina, któremu dał szansę tylko w jednym spotkaniu. „Roger” nie znalazł się więc w składzie na Mistrzostwa Europy 2008 roku, na które Polska awansowała po raz pierwszy w swojej historii. Na jego pozycji podczas EURO grał już inny Roger… Guerreiro. Brazylijski piłkarz Legii Warszawa otrzymał obywatelstwo naszego kraju i mógł reprezentować biało-czerwone barwy podczas meczów międzypaństwowych. Mila do kadry wrócił w 2011 roku, już za kadencji Franciszka Smudy. „Franz” (przydomek trenera), niemal równie szybko co swój poprzednik zrezygnował z pomocnika Śląska. Dał mu wystąpić tylko dwukrotnie, w tym raz zaledwie jedną minutę. „Milowy” nie przypuszczał pewnie, że następny mecz w narodowych barwach będzie tym najbardziej wyjątkowym w całej jego karierze.
 


Jesień 2014 roku, podczas której Śląsk prezentował się bardzo dobrze, na czele ze swoim kapitanem, okazała się najważniejszym okresem w reprezentacyjnej karierze Sebastiana. Selekcjoner kadry, Adam Nawałka, powołał piłkarza WKS-u na mecze w ramach eliminacji Mistrzostw Europy. W pierwszym z nich, z Gibraltarem, „Milowy” nie zagrał. Drugim było spotkanie z reprezentacją Niemiec, z którą Polacy nigdy wcześniej wygrać nie potrafili. Na Stadionie Narodowym po golu Arkadiusza Milika gospodarze prowadzili, ale goście zaciekle atakowali, dążąc do wyrównania. Trener w 77. minucie zdecydował się posłać do boju Milę. Jedenaście minut później dobrze w ataku zachował się Robert Lewandowski: dokładnie zagrał do rezerwowego, a ten precyzyjnym uderzeniem zza  pola karnego rywali umieścił piłkę w siatce. Kibice na trybunach oszaleli ze szczęścia. Historyczne zwycięstwo stało się faktem, a bohaterem został ten, na którego nikt by wcześniej nie postawił.
 
„Do historii przeszliśmy jako cała drużyna. Nie napisałbym tej piosenki, gdybym obok nie miał fantastycznej kapeli. Kapitalną robotę wykonał Robert Lewandowski, który wyłożył piłkę jak na tacy. Zostało tylko dobrze kopnąć. Chciałem uderzyć precyzyjnie, nie na siłę. I dostałem prezent na całe życie. Wzruszenie dalej ściska mi gardło. Jestem dumny jak nigdy...”.
 
Gol z Niemcami pozostanie pięknym wspomnieniem, z którym większość kibiców piłki nożnej w Polsce będzie kojarzyć Sebastiana Milę. Po tym historycznym zwycięstwie „Roger” zagrał jeszcze siedem spotkań w narodowych barwach, w jednym z nich pełniąc nawet funkcję kapitana. To o tym zaszczycie mówił potem „To jest orgia. Przeżywasz jakieś apogeum. Czujesz, jakbyś miał zaliczyć dobry odlot. Nie potrafię opisać tego uczucia”. Ostatni raz w biało-czerwonej koszulce wystąpił 17 listopada 2015 roku, w towarzyskim meczu z Czechami. Nie otrzymał powołania na Mistrzostwa Europy 2016 roku we Francji, co oznacza, że nigdy nie zagrał na wielkim piłkarskim turnieju (mimo obecności w kadrze na mundialu w 2006 roku). Mimo to ma pewne miejsce w historii reprezentacji Polski oraz - oczywiście - Śląska Wrocław.

Przeczytaj też pozostałe artykuły z serii "Wybitni piłkarze":
Janusz Sybis
Zygmunt Garłowski
Tadeusz Pawłowski
Ryszard Tarasiewicz
 
Źródła:
F. Podolski, "Śląsk Wrocław. 30 sezonów w ekstraklasie", Wrocław 2009
M. Wyrwa, "W cieniu Śląska", Kraków 2013
Archiwum Krzysztofa Mielczarka 
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Krystyna Pączkowska, archiwum

Zobacz również