Wydarzenia

"Modniś" rządzi w środku pola

2017-11-05 15:00:00
Kiedy przyszedł do Śląska, był pewną zagadką. Każdy zdawał sobie sprawę z jego wielkiego potencjału, ale też wszyscy widzieli, że w Lechii Gdańsk nie grał pierwszych skrzypiec. We Wrocławiu szybko pokazał, że może być kluczową postacią. O tym, ale i o systemie VAR, modzie, tatuażach i reprezentacji opowiada Michał Chrapek, jeden z najlepszych piłkarzy WKS-u w tym sezonie.
Jakiego klubu czujesz się wychowankiem? Zaczynałeś w Victorii Jaworzno, ale szybko trafiłeś do Wisły, gdzie spędziłeś najwięcej czasu.

W Jaworznie grałem jeszcze jako dziecko, to były moje absolutne początki z piłką. Działo się to bardzo dawno temu, więc może się mylę, ale chyba jako 14-latek trafiłem do Wisły Kraków. W sumie spędziłem tam jakieś 7 lat. Można powiedzieć, że na papierze nie jestem wychowankiem Wisły, ale czuję się nim.

Więcej nauczyłeś się w Krakowie czy podczas gry we Włoszech?

Na pewno wszystkich podstaw  nauczyłem się w Wiśle. Przychodziłem tam w takim mocno rozwojowym wieku, z roku na rok robiłem postępy. Poznałem prawdziwą piłkę nożną. Do Włoch trafiłem już jako 22 letni zawodnik, więc moja nauka tam wyglądała nieco inaczej. Przede wszystkim dużo dowiedziałem się o taktyce. Pod tym względem ten czas dał mi bardzo wiele. Na treningach było mnóstwo taktyki. Pamiętam, że czasem trening trwał 2,5 godziny, z czego jedną godzinę poświęcaliśmy wyłącznie na taktykę.

Do Polski wróciłeś już po roku za granicą. Z perspektywy czasu dobrze oceniasz pobyt w Serie B?

Tak, wspominam ten czas pozytywnie. Na pewno moja rodzina miała świetne warunki do życia, a ja doskonałe do tego, by rozwijać się piłkarsko. Pierwszy rok tak wyglądał dosyć dobrze, wystąpiłem w wielu meczach. Nie we wszystkich, ale jednak rozegrałem sporo minut. Zaaklimatyzowałem się, czułem się jak u siebie w domu. Powiedziałem sobie, że jest w porządku i mocno nastawiałem się na ten drugi sezon. Chciałem grać jeszcze więcej, wejść na wyższy poziom. Poczułem, że to dobry czas na kolejny krok do przodu. Niestety, stało się inaczej. Klub został zdegradowany, musiałem szukać sobie innego miejsca pracy i tak skończyła się moja przygoda z Włochami.

Trafiłeś do Lechii, gdzie nie realizowałeś swojego postanowienia, by „grać jeszcze więcej”. To było maksymalnie kilkanaście meczów w sezonie. Nie chciałeś odejść wcześniej?

Ofertę ze Śląska miałem już pół roku temu, ale musiałem zrezygnować z prywatnych powodów. Latem wszystko doszło jednak do skutku i od razu mówiłem, że przychodzę do Śląska, bo chcę więcej grać. Ale na pewno nie o utrzymanie – a dostawałem takie pytania na początku, „czy przychodzę do Wrocławia grać o utrzymanie?”. Na pewno nie taki jest nasz cel.

Jaka jest najsilniejsza strona WKS-u?

Sądzę, że mogę odpowiedzieć słowem „drużyna”. Mamy naprawdę fajny zespół, mobilizujemy się nawzajem, jeden drugiemu pomaga. Stworzyliśmy zgraną szatnię, a to też przekłada się na wyniki. Oczywiście jest tutaj wielu dobrych piłkarzy, ogranych w lidze, doświadczonych, ale ciągle głodnych gry i sukcesów. Jeśli super atmosfera połączy się z jakością zawodników, to można osiągnąć wiele. Do tego Jan Urban jest trenerem, preferującym taki styl gry, który odpowiada całej drużynie.

Dla ciebie osobiście Jan Urban był jednym z powodów, dzięki którym zdecydowałeś się na Śląsk.

Tak, jego filozofia gry bardzo mi odpowiada. Determinacja, walka i zaangażowanie są w futbolu bardzo ważne, ale my przede wszystkim chcemy grać w piłkę, kreować sytuacje, strzelać gole. Trener nam to powtarza i ja też z taką myślą zdecydowałem się na Śląsk – wiedziałem, że przychodzę do drużyny, która będzie chciała dominować na boisku. Lepiej odnajduję się w takim środowisku. Do gry defensywnej, z kontrataku, raczej się nie nadaję. Wolę mieć piłkę przy nodze.

Któregoś trenera, z którym spotkałeś się w swojej karierze, wspominasz szczególnie dobrze? Pierwszą poważną szansę w ekstraklasie dał ci Franciszek Smuda.

Było kilku trenerów, od których sporo mogłem się nauczyć. Tak, trener Smuda dał mi pierwszą prawdziwą okazję w Wiśle, wtedy mogłem w pełni pokazać się na ekstraklasowych boiskach. Początki mieliśmy trudne, ale potem stawiał na mnie regularnie i czułem się bardzo pewnie. To był kluczowy moment dla mnie, czułem, że wskakuję na wyższy poziom. Wcześniej byłem na wypożyczeniu w Kolejarzu Stróże, gdzie ściągnął mnie trener Cecherz, o którym też muszę wspomnieć. Od tamtego momentu zaczęła się moja seniorska gra, bo po powrocie z wypożyczenia do Wisły trener Probierz dał mi szansę zagrać w pierwszej drużynie.
 
Skoro mówimy już o trenerach, chciałbym wspomnieć o kimś również bardzo ważnym w piłkarskiej szatni – o kapitanie. Ty masz do nich szczęście: Głowacki, Mila, Celeban… Widzisz kiedyś siebie w tej roli?

Na pewno, będąc z nimi na co dzień, można się nauczyć dyrygowania grupą, wyciągnąć od każdego różne sposoby na mobilizacje drużyny albo na dodanie trochę luzu w odpowiednim momencie. Chciałbym kiedyś zostać kapitanem, na razie o tym nie myślę, jednak sądzę, że mógłbym sobie poradzić w roli takiego lidera. Czas pokaże, czy będzie mi dane spróbować i – jeśli tak – jak się spiszę.



Kapitan to z pewnością mocny punkt Śląska. Innym na pewno może być środek pola, gdzie dobrze wyglądała Twoja współpraca z Sito Rierą.

Powiem szczerze, że na początku troszkę się obawiałem, jak będziemy sobie radzić w defensywie. Żaden z nas nie jest takim typowym defensywnym pomocnikiem, taką typową „6”. Zastanawiałem się, czy będziemy nadążać w obronie, czy nie pozostawimy rywalom za dużo miejsca. Mecze pokazały, że jednak się myliłem. Współpraca wyglądała bardzo dobrze, pomagaliśmy sobie nawzajem, raz Sito grał niżej, raz ja. Na pewno on jest inteligentnym zawodnikiem, a gra z takimi graczami jest dla mnie dużo łatwiejsza. Jest między nami pewna chemia, lubię z nim przebywać na boisku. Cieszy to, że do rywalizacji dołącza też Kamil Vacek, jest jeszcze Dragojlub Srnić, w środku może zagrać Łukasz Madej, a nawet Igors Tarasovs. Do tego młodzi: Adrian Łyszczarz i Maciek Pałaszewski. Mamy ciekawą walkę o pierwszy skład.

Mówiłeś, że martwiłeś się o defensywę. W jednym meczu – z Cracovią – mogłeś się o nią martwić nieco mniej, bo zostałeś wystawiony na pozycji numer „10”. Z tego spotkania najbardziej zapamiętano jednak rzut karny, podyktowany za faul na Tobie.

Tak, sporo mówiło się o tej sytuacji. Po meczu wiele razy oglądałem powtórki i faktycznie – nie widać tam żadnego kontaktu. Moje odczucie z murawy było takie, że poczułem bardzo delikatne muśnięcie i starałem się to wykorzystać. Teraz to już historia.

W tej sytuacji również użyty był system VAR. Jak go oceniasz, jest dużą pomocą na boisku?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Fajnie się o nim mówi, gdy jest na twoją korzyść, a jak jest na niekorzyść, to są negatywne komentarze. Wydaje mi się, że jest wokół niego trochę za dużo szumu. Jest bardzo głośno o tym systemie, co mecz są jakieś kontrowersje z nim związane. One były zanim VAR się pojawił i są nadal. To działka sędziów, my skupiamy się na grze w piłkę.

Niedawno w „Krótkiej piłce”, programie Śląsk Wrocław TV, pytaliśmy Kubę Koseckiego o największego modnisia w szatni. Pewnie domyślasz się, na kogo wskazał.

Nie mam pojęcia! A tak na poważnie to słyszałem, że mówił o mnie. Cóż, czasem lubię się ubrać bardziej elegancko. A szatnia jest brutalna. Od razu to podłapali i ja się osobiście cieszę, że nawet z takich rzeczy możemy się pośmiać. Ale od razu powiem, że to nie jest tak, że interesuję się modą, czytam blogi i patrzę, co gdzie się nosi. Sam sobie dobieram ciuchy, czasem wyjdą z tego ciekawe kreacje, ale to nie jest moją obsesją.

Poza modą twoim znakiem szczególnym mogą być też tatuaże. Kiedy powstał pierwszy, kto cię namówił?

Tatuaże przywiozłem z Włoch. Zakochałem się w stylu bycia Włochów, w ich podejściu do życia, tym, jaki mają luz. W szatni było bardzo wielu Argentyńczyków, a praktycznie każdy z nich był wytatuowany. Włosi zresztą podobnie, prawie każdy ma przynajmniej jakiś jeden malutki tatuaż. Tak to się zaczęło.

Ale po jednym prawie nigdy się nie kończy, o czym mówił kiedyś Kuba Wrąbel, również fan tego sposobu modyfikacji ciała.

Rzeczywiście tak jest, że ciągnie do tego, by zrobić kolejny. Wiadomo, w Polsce jest inne podejście, inaczej się odbiera tatuaże u nas, a inaczej we Włoszech. Ale pod tym względem się zmieniamy, coraz więcej ludzi jest wytatuowanych, więc to nie jest już jakaś wielka sensacja.

A kto ma najlepsze tatuaże w szatni?

Na to nie mogę odpowiedzieć, każdy ma inne gusta, co innego się podoba. Moje wspominają ważne momenty mego życia, np. to, kiedy zaczynałem grać w piłkę. Niektórzy tatuują daty, napisy, inni raczej obrazy. Niektóre pomysły są bardzo zwariowane.

Zastanawiając się, który piłkarz Śląska może mieć szansę na powołanie do kadry, Michał Chrapek jest jednym z tych graczy, którzy przychodzą na myśl jako pierwsi. Ty nie ukrywasz, że też myślisz o reprezentacji, że jest ona twoim marzeniem.

Myślę i sądzę, że większość piłkarzy o tym myśli. Każdy chciałby zagrać z orzełkiem na piersi w tej najważniejszej, seniorskiej reprezentacji. W grupach młodzieżowych wielokrotnie miałem przyjemność reprezentowania Polski i chciałbym spróbować tego już na poziomie seniora. Wiem, że to nie będzie proste, że niewielu się udaje. Ale, jak pokazują niektóre przypadki ostatnio, jeśli dobrze grasz, również w polskiej lidze, to masz szansę się tam dostać. W zeszłym sezonie powołanie dostał Jacek Góralski, niedawno Maciek Makuszewski, teraz Damian Kądzior. Oczywiście to nie jest moja obsesja, która plącze mi nogi, bo ciągle mam w głowie, że chcę zasłużyć na grę w kadrze. Ale bardzo bym chciał. Gra w reprezentacji to moje marzenie, a życie pokaże, jak będzie.

Tekst pochodzi z oficjalnego klubowego magazynu "Wokół Śląska" (nr 6, 151), wydanego przed spotkaniem z Pogonią Szczecin w ramach 14. kolejki LOTTO Ekstraklasy sezonu 2017/18. Całość magazynu dostępna TUTAJ.
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Krystyna Pączkowska

Zobacz również