Wydarzenia

Wybitni piłkarze: Tadeusz Pawłowski

2020-04-01 15:30:00
Historia Śląska Wrocław pisana była wielu wspaniałych piłkarzy, którzy w trójkolorowych barwach wznosili się na wyżyny swoich umiejętności, zdobywając dla klubu ważne bramki, zwycięstwa i trofea. W serii "wybitni piłkarze" przypomnimy kilku największych z nich, prawdziwe legendy, które na długo zapisały się w pamięci kibiców WKS-u. W trzecim odcinku Tadeusz Pawłowski, czyli człowiek, który dla Śląska oddawał i wciąż oddaje całe serce.
„Historia mojego życia związana jest ze Śląskiem. Wychowałem się na ulicy Kruczej, do stadionu na Oporowskiej miałem dwa kroki. Na Oporowską chodzili wszyscy moi koledzy. Mecze Śląska nadawały rytm, ustawiały nasze życie. Gra w klubie była spełnieniem marzeń”.
 
Tymi słowami Tadeusza Pawłowskiego rozpoczyna się krótki film „Śląsk. Wrocław.” zrealizowany przez klub w 2017 roku. „Paweł”, jak jest czasem nazywany, to dla WKS-u postać wyjątkowa. Choć on sam mówi, że „jest zdziwiony, że we Wrocławiu nie stoi jeszcze pomnik Janusza Sybisa”, to z pewnością można go uznać za największego obok „Jasia” gracza w dziejach zielono-biało-czerwonej drużyny. Pawłowskiego wyróżniają jednak nie tylko wielkie sukcesy jako piłkarza, ale również dobre rezultaty w roli trenera drużyny oraz dyrektora Akademii Piłkarskiej. Klubowi poświęcił, i nadal poświęca, bardzo dużo energii, umiejętności oraz zdrowia. Jest najlepszym strzelcem Trójkolorowych w najwyższej klasie rozgrywkowej i w europejskich pucharach, do których jako jedyny w historii awansował zarówno jako zawodnik, jak i szkoleniowiec. W sumie zdobył dla Wojskowych 85 bramek, więcej – tylko Sybis.
 

Wychowany w cieniu stadionu

 
Pawłowski urodził się we Wrocławiu, 14 października 1953 roku. Ulica Krucza, na której się wychowywał, ulokowana była między dwoma stadionami. Obie areny piłkarskich zmagań rozdzielała Górka Pafawagu, jak potocznie nazywane jest Wzgórze Gajowickie. Jedno z boisk należało do Śląska. Drugie – do Pafawagu, powstałego przy Państwowej Fabryce Wagonów jako Robotniczy Klub Sportowy w lutym 1946 roku. To właśnie w tym klubie, jako 11-latek, karierę rozpoczął przyszły reprezentant Polski. Od początku pokazywał ogromny talent. Już pięć lat później grał z seniorami w Klasie Okręgowej, czyli na trzecim wówczas poziomie rozgrywkowym w kraju. W rozwoju pomagał mu pierwszy trener – Jan Czyż. W roku 1971 przyszła pora na zmianę barw. I znów –  choć Tadeusz od małego był kibicem Śląska i wychowywał się kilkaset metrów od siedziby klubu – nie były to barwy WKS-u. Zdolnego wrocławianina wypatrzyło Zagłębie Wałbrzych, które właśnie zostało trzecią najlepszą drużyną w kraju i przeżywało najwspanialsze lata w swojej historii.
 
Pawłowski w Wałbrzychu miał okazję pokazać swój talent całej Polsce. A nawet zabłysnąć w Europie. Zagłębie należało do krajowej czołówki, a po trzecim miejscu zdobytym w sezonie 1970/71 mogło przystąpić do rozgrywek Pucharu UEFA. Tam udało się wyeliminować czeski Union Teplice. Młody piłkarz z Wrocławia te mecze oglądał jeszcze z ławki rezerwowych, ale już w kolejnej rundzie – starciu z UT Arad – mocno zaznaczył swoją obecność w drużynie. Na boisku pojawił się po przerwie w meczu rewanżowym, zdobył piękną bramkę i doprowadził do dogrywki. W niej lepsi okazali się jednak Rumuni, ale autor trafienia został dobrze zapamiętany. Po latach sam mówił nawet:
 
„Myślę, że drogę do lepszej kariery piłkarskiej i gry w pierwszym zespole Zagłębia Wałbrzych, otworzył mi dopiero gol z UT Arad. (…) Byłem dumny z siebie, cieszyłem się, że to spotkanie może otworzyć mi drogę do wielkiej piłki i w jakiś sposób ugruntować moją pozycję w zespole. Myślałem o drużynie, ale bramka osłodziła mi gorycz braku awansu”.
 
Pod wodzą trenera Jerzego Nikiela „Paweł” stawał się ważną częścią Zagłębia. Przez trzy lata gry zdobył dla wałbrzyszan piętnaście ligowych bramek, co jak na juniora było doskonałym wynikiem. Nic więc dziwnego, że gdy w 1972 roku na Turnieju Juniorów UEFA (czyli Mistrzostw Europy do lat 18), Polacy zdobywali brązowe medale, pierwszoplanową postacią kadry był Pawłowski. Pełnił nawet rolę kapitana reprezentacji.

 
Po sezonie 1973/74 Pawłowski zdecydował się – jak kilku innych graczy Zagłębia, które spadło z ligi – opuścić Wałbrzych. Niezwykle zdolny, już doświadczony, a ciągle jeszcze bardzo młody zawodnik był rozchwytywany przez kluby I ligi, w tym Śląsk. Wiele renomowanych zespołów chciało go zobaczyć w swoich barwach. „To były wielkie przygody. Można by było o tym film nakręcić” – wspomina ten czas sam zainteresowany. Jednym z najmocniej zabiegających o pozyskanie młodego wrocławianina klubów był Górnik Zabrze. Wychowanek Pafawagu przystał na propozycję zabrzańskich działaczy, wybrał już nawet mieszkanie, w którym miał mieszkać podczas gry dla mistrzów Polski z 1972 roku. Szefostwo klubu z Górnego Śląska wysłało Pawłowskiego na wakacje do Szczyrku, by schować go przed przedstawicielami innych drużyn. Piłkarza odnalazł jednak ŁKS, w którym pracował wówczas m.in. Kazimierz Górski. Działacze przekonali zawodnika do zmiany decyzji i dwa dni później był już w Łodzi, czekając na załatwienie wszystkich formalności i rozpoczęcie treningów z zespołem. Na nic zdały się kolejne próby Górnika, jak i oferta Gwardii Warszawa. 21-latek chciał grać w biało-czerwono-białych barwach. Jak się jednak okazało, władzom Zagłębia Wałbrzych, którego „Paweł” ciągle był pracownikiem, bardzo nie spodobało się, że ich piłkarz przystał początkowo na ofertę innego górniczego klubu. Za karę zawiesili go w prawach zawodnika. To oznaczało, że przez rok mógłby trenować w innym klubie, ale nie brać udziału w meczach. Dla młodego sportowca tak długa przerwa w występach była nie do wyobrażenia. By móc grać, potrzebował zwolnienia z Zagłębia, którego nie potrafili zdobyć działacze ŁKS-u. I wtedy do rywalizacji wkroczył Śląsk.
 
„Wreszcie przyjechało do mnie dwóch wysłanników Śląska Wrocław. Wojskowy i cywil. Jeden miał walizkę z pieniędzmi, a drugi moje zwolnienie z Zagłębia Wałbrzych. Miałem tylko podpisać i natychmiast zostawałem piłkarzem Śląska. Oni byli konkretni i co najważniejsze, umożliwiali mi powrót do gry w piłkę”.
 
Pawłowski zaznacza, że na ofertę WKS-u nie zdecydował się od razu. „Poinformowałem działaczy ŁKS-u, że mają jeszcze dwa tygodnie, by sfinalizować mój transfer. Mijał dzień za dniem, a w tej kwestii nic się nie zmieniało. Przystałem na propozycję wrocławian i wszystko potoczyło się bardzo szybko” .
 

W ukochanym WKS-ie

 
W barwach wrocławskiego klubu Pawłowski zadebiutował 27 października 1974 roku. Już w drugim spotkaniu zdobył pierwszą bramkę. Szybko stał się jednym z najważniejszych ogniw w zespole trenera Żmudy. Premierowy sezon to trzecie miejsce WKS-u i 7 bramek gracza pozyskanego z Zagłębia Wałbrzych. Przez pierwsze lata grał jako pomocnik, będąc – obok Zygmunta Garłowskiego – „mózgiem” zespołu. Bliżej bramki rywali ustawieni byli Józef Kwiatkowski i Janusz Sybis, ale to nie przeszkadzało „Pawłowi” strzelać sporo goli, często więcej nawet od napastników.

 
Rozgrywki 1975/76 były prawdziwym popisem Tadeusza Pawłowskiego. 9 ligowych trafień, dwie bramki na drodze do zdobycia Pucharu Polski i przede wszystkim kapitalna gra w Pucharze UEFA. Bez jego goli z pewnością nie udałoby się debiutującemu na europejskiej arenie Śląskowi dojść aż do III rundy zmagań. Już na początek, gdy wrocławianie mierzyli się ze szwedzkim GAIS Göteborg, to właśnie „Paweł” zapewnił przepustkę do kolejnej fazy. Na wyjeździe WKS uległ 1:2 i na Stadionie Olimpijskim musiał wygrać. Jeden z najwspanialszych meczów w zielono-biało-czerwonych barwach rozegrał wtedy Sybis, który aż trzykrotnie znalazł drogę do siatki rywali. Goście zdołali jednak dwa razy pokonać Kalinowskiego, który stał między słupkami w bramce Wojskowych. Przy wyniku 3:2 dla zespołu trenera Żmudy awans należał się Szwedom. Kibice zamarli, a z letargu wyrwał ich Pawłowski. Pięć minut przed końcem meczu zdołał wepchnąć piłkę do bramki w zamieszaniu w polu karnym i sprawić, że wielki wysiłek całej ekipy i kapitalna gra „Jasia” nie poszły na marne. Jeszcze lepiej wychowanek Pafawagu zagrał w II rundzie. Zdobył bramki w obu meczach, a Śląsk wyeliminował belgijski Royal Antwerp. O awans do ćwierćfinału Trójkolorowi walczyli z wielkim Liverpoolem.
 
„W związku z tym, że był to koniec listopada i było bardzo zimno, boisko było zamarznięte. To sprawiło wielkie problemy, bo nie mogliśmy dobrać korków. Żadne nie chciały spasować. Myślę, że obuwie miało decydujące znaczenie w tym meczu. Anglicy nie mieli w ogóle korków, wyszli w butach profilowanych tak jak opony, czyli byli krok do przodu ze sprzętem. Ten zespół prowadził legendarny trener, jeden z najlepszych w ich historii, Robert Paisley, a grali w nim chyba wyłącznie reprezentanci. Cieszę się, że mogłem pokonać jednego z nich, angielskiego bramkarza Raya Clemence’a”.
 
Powyższe wspomnienia Tadeusz Pawłowski uzupełnia o krótki opis gola, którego strzelił w tym meczu. „Uderzyłem idealnie, tak jak chciałem. To była moja najpiękniejsza bramka w karierze”. Najpiękniejszą bramkę w karierze 22-letni wówczas zawodnik zdobył przeciwko najlepszej drużynie, z jaką kiedykolwiek mierzył się Śląsk, przy żywiołowym dopingu 50 tysięcy fanów na Stadionie Olimpijskim, w III rundzie prestiżowego Pucharze UEFA. Do pełni szczęścia zabrakło tylko lepszego wyniku. WKS przegrał 1:2, w rewanżu 0:3 i odpadł z rozgrywek. Renoma klubu, jak i jego czołowego strzelca, mocno jednak wzrosła.

 
Sezon 1976/77 to wielki czas dla Śląska. Mistrzostwa Polski nie byłoby zapewne bez Pawłowskiego. Strzelił pięć ligowych goli, a przede wszystkim żaden inny piłkarz nie grał tak dużo, jak on. 29 meczów i 2546 minut oznaczało, że opuścił tylko niespełna dwa z 30 spotkań w ekstraklasie. Do tego doszły znakomite występy w Pucharze Zdobywców Pucharów. WKS wyeliminował Florianę La Valettę z Malty, Bohemians Dublin z Irlandii i odpadł dopiero w ćwierćfinale, z włoskim SSC Napoli. „Paweł” wystąpił we wszystkich sześciu starciach i zdobył dwie bramki, śrubując swoje osiągnięcia w międzynarodowych rozgrywkach. Kolejną cegiełkę do tego dorobku dorzucił w następnym sezonie. Jako mistrz kraju Śląsk reprezentował Polskę w Pucharze Europy, odpadając jednak już w I rundzie z Lewski-Spartak Sofia. W lidze wrocławianie znów walczyli o najwyższe laury, ostatecznie kończąc sezon ze srebrnymi medalami. Pawłowski zaliczył tylko dwa trafienia. Stabilny skład, jakim dysponował WKS przez lata, powoli się zmieniał. Kilku graczy odeszło w trakcie lub po sezonie 1978/79. Pawłowski pozostawał jednak kluczowy. W rozgrywkach 78/79 zagrał we wszystkich ligowych meczach od pierwszej do ostatniej minuty! Śląsk radził sobie jednak przeciętnie, zajmując dopiero dziesiąte miejsce. Lepiej było w Pucharze UEFA. M.in. dzięki trzem bramkom „Pawła” wrocławianie awansowali do 1/8 finału, gdzie po kapitalnej walce ulegli niemieckiej Borusii Mönchengladbach, która ostatecznie zdobyła puchar.
 
Bardzo ważny w karierze Pawłowskiego był sezon 1979/80. Nowy trener – Orest Lenczyk – coraz częściej widział dotychczasowego pomocnika w roli atakującego. Okazało się to świetnym posunięciem. Jako napastnik wychowanek Pafawagu zdobył bowiem aż 16 bramek, zostając drugim najlepszym snajperem ligi. Walkę o tytuł króla strzelców przegrał tylko z Kazimierzem Kmiecikiem z Wisły Kraków. Gole „Pawła” zapewniły wrocławianom trzecie miejsce i kolejną przepustkę do gry w europejskich pucharach. Rywalizacji ze szkockim Dundee United nikt na Dolnym Śląsku nie wspomina jednak pozytywnie. Po bezbramkowym remisie u siebie, WKS przegrał na wyjeździe aż 2:7! Obie bramki dla zielono-biało-czerwonych zdobył nie kto inny, tylko Tadeusz Pawłowski.
 
Lata mijały, a on wciąż utrzymywał wysoką formę. Sezon 1980/81 to jego kolejne sześć trafień i czwarte miejsce drużyny. Kolejne rozgrywki były jeszcze lepsze –  strzelił 11 goli, a Śląsk do samego końca walczył o tytuł mistrzowski. Do ostatniego w sezonie meczu przystępował jako lider tabeli…

Spotkanie u siebie z Wisłą Kraków, kończące sezon 1981/82, miało być wielkim triumfem WKS-u i samego Pawłowskiego. Walczący ze Śląskiem o mistrzostwo Widzew Łódź zremisował z Ruchem Chorzów 1:1 i tym samym Trójkolorowi do drugiego w historii tytułu najlepszej drużyny w kraju potrzebowali choćby punktu zdobytego przeciwko „Białej Gwieździe” . Goście objęli prowadzenie, ale kilka minut przed końcem arbiter podyktował rzut karny dla gospodarzy. Do „jedenastki” podszedł najlepszy strzelec drużyny. Trafienie oznaczało złote medale i tytuł bohatera całego miasta. Pawłowski strzelił, ale piłkę bez problemów złapał bramkarz rywali. Mistrzostwo trafiło do Łodzi, a piłkarza wrocławian oskarżono o sprzedanie meczu i celowe zmarnowanie okazji:
 
„Szczerze? Mam już głęboko w nosie, co ludzie o tym myślą i piszą – mówi po latach główny zainteresowany. - Ja wiem, jak było. Wiele osób, które wtedy były przy klubie, też wie, jak było. Nic nikomu nie muszę udowadniać ani nikogo przekonywać. Mam czyste ręce i każdy człowiek, który oficjalnie oskarży mnie, że celowo coś źle zrobiłem, zostanie podany do sądu – ostrzega Pawłowski. - Chciałem zrobić wszystko, by tytuł pozostał we Wrocławiu” .

 
Kibice i szefostwo klubu znienawidzili niedawnego ulubieńca. „Paweł” musiał niemalże uciekać z Wrocławia, w którym nie zagrał już nigdy. W zielono-biało-czerwonych barwach w ogóle wystąpił potem już tylko raz. 24 października 1982 roku (osiem lat bez pięciu dni po debiucie) jako rezerwowy zaliczył 23 minuty przeciwko Cracovii. Potem odszedł do Admiry Wacker, gdzie zyskał nowy przydomek – „Teddy”. Po dwóch sezonach w drużynie z Wiednia przeniósł się jeszcze do innego austriackiego klubu – Schwarz-Weiss Bregenz. Tam, w 1987 roku, zakończył karierę.

 

Na zawsze ze Śląskiem

 
Po odwieszeniu butów na kołek, Pawłowski zamieszkał w Austrii, gdzie zajmował się szkoleniem młodzieży. Niemal dziesięć lat po opuszczeniu Śląska wrócił do swego ukochanego klubu w roli trenera. Poprowadził go jednak tylko w siedemnastu meczach sezonu 1992/93. Zarząd klubu zwolnił go ze względu na niesubordynację w zakresie wystawiania do piłkarzy, których władze nie chciały oglądać na murawie. "Teddy” wrócił do Austrii. W Śląsku pojawił się ponownie po wielu latach – w połowie sezonu 2013/14, obejmując posadę szkoleniowca I drużyny. Uchronił zespół przed spadkiem, a w kolejnych rozgrywkach poprowadził klub do czwartego miejsca, premiowanego grą w Lidze Europy. Dzięki temu jako pierwszy (i jak na razie jedyny) wystąpił ze Śląskiem w europejskich pucharach zarówno jako zawodnik, jak i trener. Ekipie Pawłowskiego udało się wyeliminować słoweńskie NK Celje, ale odpadli ze szwedzkim IFK Goeteborg. Został wybrany „Trenerem roku 2014” w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”. Ale już w grudniu 2015 roku, po serii dziesięciu spotkań bez wygranej, został zwolniony. Później przez trzy mecze prowadził Wisłę Kraków.
 
Nieudany pobyt w Krakowie sprawił, że o Pawłowskim znów na chwilę zrobiło się ciszej. Do pracy w klubie piłkarskim wrócił niespełna rok później. W grudniu 2016 roku został zaprezentowany jako nowy dyrektor Akademii Piłkarskiej Śląska Wrocław. Funkcję ze sporym powodzeniem sprawował do lutego 2018 roku. Wtedy to po raz trzeci objął posadę trenera WKS-u, którym pozostawał do stycznia 2019 roku. Obecnie znów z sukcesami prowadzi i rozwija Akademię Śląska.

 
Tadeusz Pawłowski jest człowiekiem uśmiechniętym, przyjaznym, otwartym na świat i innych ludzi. Wielu jego optymizm może zaskakiwać, zwłaszcza biorąc pod uwagę olbrzymie rodzinne tragedie, które go spotkały. Starszy syn „Teddy’ego” – Paweł – zmarł na raka w wieku 37 lat. Kilkanaście miesięcy później poważny wypadek miał jego młodszy brat – Piotr, który zapowiadał się na zdolnego piłkarza. Niestety, zdiagnozowano u niego nieszczelność zastawki serca. Gdy przebywał w klinice, gdzie musiał poddać się operacji – pękł mu tętniak. Przez kilkanaście miesięcy przebywał w śpiączce, potem cierpiał na wiele chorób, m.in. sepsę. Zdołał przeżyć, mieszka z rodzicami we Wrocławiu, jednak porusza się na wózku inwalidzkim i znajduje pod ścisłą opieką pielęgniarki. „Rozumie coraz więcej. Kiwa głową, wydaje dźwięki i rusza palcami. Czasami, jak jest zdenerwowany zdarzy mu się pokazać środkowy palec” – uśmiecha się dumny ojciec. Właśnie – uśmiecha, bo dla Tadeusza Pawłowskiego nie istnieje nic, co byłoby w stanie go załamać. W jego dyrektorskim gabinecie widniało hasło, które idealnie do niego pasuje, a z którym sam się utożsamia: „Szczęście to nie jest cel w życiu, to sposób życia”.

Przeczytaj też pozostałe artykuły z serii "Wybitni piłkarze":
Janusz Sybis
Zygmunt Garłowski
 
Źródła:
F. Podolski, "Śląsk Wrocław. 30 sezonów w ekstraklasie", Wrocław 2009
Ł. Idowiak, S. Bąba, "Dzieje piłki nożnej we Wrocławiu w latach 1945 - 1980", Warszawa 2016
M. Wyrwa, "W cieniu Śląska", Kraków 2013
J. Tomczyk, D. Bednarek, "Śląsk w europejskich pucharach" Kraków 2001
Archiwum Krzysztofa Mielczarka
M. Zięba, Retro Wywiad#8: Tadeusz Pawłowski, rfbl.pl/tadeusz-pawlowski
Autor: Jędrzej Rybak, Fot. Archiwum

Zobacz również